Pierwszy protest odbył się na naturalnej plaży S'Arenal de sa Ràpita. Uczestnicy weszli do wody i utworzyli łańcuch, sygnalizując sprzeciw wobec polityki władz Balearów. Ludzie obawiają się, że jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na wyspie zmieni się w przestrzeń podporządkowaną masowej turystyce.
Demonstranci domagali się mocniejszej ochrony wybrzeża i lokalnych atrakcji przyrodniczych. Ich sprzeciw ma związek z zapowiadanym poluzowaniem reguł planistycznych.
Protestujący wskazywali, że rozluźnienie zasad może otworzyć drogę nie tylko dla hoteli i apartamentów, ale też dla infrastruktury towarzyszącej. Wśród wymienianych elementów pojawiły się m.in. parkingi, linie energetyczne oraz wydobycie piasku - podaje "Daily Mail".
W demonstracji uczestniczyły organizacje, w tym grupa ekologiczna GOB, Terraferida oraz inicjatywa "Menys Turisme Menys Vida" (mniej turystyki, więcej życia). Jak wynika z opisu wydarzeń, część uczestników nie ufa zapewnieniom polityków, że teren pozostanie nienaruszony.
Protestujący ostrzegali też, że przy odrobinie "miejsca" w przepisach oraz politycznej przychylności mogą pojawić się kolejne obiekty noclegowe i oferta uzupełniająca. W ich narracji powracał scenariusz, w którym południe Majorki zacznie przypominać Magaluf, znany z intensywnej, imprezowej turystyki.
Prezydent rządu Balearów Marga Prohens miała określać ostrzeżenia o braku ochrony jako fałszywe informacje. Z kolei minister rolnictwa Joan Simonet, jak relacjonuje "Daily Mail", opublikował nagranie z okolicy, zapewniając o ochronie terenu.
Protestujący twierdzą również, że wyspa nie jest w stanie przyjąć większej liczby turystów, a presja rynku sprawia, że młodym ludziom coraz trudniej o samodzielność i dostęp do mieszkania na przyzwoitych warunkach.