Pierwsza taka szkoła w Polsce. Telefon dyrektorki wciąż dzwoni

Szkoła Podstawowa im. Orła Białego w Mielenku Drawskim (woj. zachodniopomorskie) wprowadziła saszetki, do których uczniowie wkładają na czas lekcji m.in. telefony. - Generalnie system się przyjął - mówi w rozmowie z o2.pl Wiesława Hnatewicz, dyrektorka placówki.

W tej szkole wdrożono nowatorski projekt.W tej szkole wdrożono nowatorski projekt.
Źródło zdjęć: © Facebook | Anna Stolarczuk, Szkoła Podstawowa im. Orła Białego w Mielenku Drawskim
Mateusz Domański

Rozwiązanie wprowadzone w szkole w Mielenku Drawskim niedawno za pośrednictwem Facebooka nagłośniła Anna Stolarczuk, trenerka ds. profilaktyki uzależnień i przeciwdziałania przemocy.

Zaznaczyła, że to pierwsza publiczna szkoła w Polsce, która wprowadziła nowoczesny system saszetek blokujących telefony (lub inne urządzenia, jak m.in. smartwatche czy słuchawki bezprzewodowe) na czas lekcji.

System wdrożyliśmy pod koniec ubiegłego roku szkolnego - w maju 2025. Taka decyzja zapadła po uzgodnieniach z Radą Rodziców i Radą Samorządu Uczniowskiego. Po dwóch miesiącach zrobiłam pierwszą ankietę wśród rodziców uczniów klas 7-8, w kontekście których miałam największe wątpliwości, czy to się szybciutko przyjmie. Wtedy prawie 99 proc. rodziców stwierdziło, że to bardzo dobre rozwiązanie. Teraz mamy natomiast ewaluację - spływają kolejne ankiety. Na razie dostałam 24 opinie i tylko jeden rodzic zasygnalizował, że wystarczyłaby jakaś forma umowy z uczniem. Reszta uważa, że niczego nie należy zmieniać i wszystko idzie w dobrą stronę - powiedziała w rozmowie z o2.pl Wiesława Hnatewicz, dyrektorka Szkoły Podstawowej w Mielenku Drawskim.

Mechanizm działania jest bardzo prosty. Jego podstawowe zasady zaprezentowano na tabliczce przymocowanej do budynku. Po przyjściu do szkoły uczniowie wyłączają telefon lub włączają tryb samolotowy, po czym chowają go do specjalnej saszetki, która automatycznie zamyka się przy blokadach ustawionych na wejściu. Następnie uczniowie chowają zamkniętą saszetkę do plecaka, a gdy skończą lekcje, to błyskawicznie mogą odblokować swój telefon.

System wywołał zainteresowanie w różnych regionach Polski. Wiesława Hnatewicz regularnie dostaje telefony w tej sprawie.

Mam tak dużo tych telefonów, że czasami pojawia się problem z tym, by móc skupić się na pracy. Telefonów jest naprawdę bardzo dużo. Wiele osób dzwoni i pyta. Ostatnio kontaktował się ze mną samorząd, który chce zaproponować to rozwiązanie swoim szkołom. Robiłam też nagranie dla szkoły z Gdyni - poproszono mnie o przekonanie tamtejszej Rady Rodziców. W ciągu dnia mam przynajmniej 2-3 maile, a o telefonach nie wspomnę, bo już ich nawet nie liczę - ujawniła.

Wprowadzili saszetki. Tak zmieniła się szkoła

Dyrektorka placówki w Mielenku Drawskim podkreśliła, że "generalnie system się przyjął". - Oczywiście w mediach społecznościowych pojawiają się różne opinie - są one podzielone. Z punktu widzenia dyrektora tej szkoły, muszę stwierdzić, że moi uczniowie przyzwyczaili się i stosują się do przyjętych zasad - w tym roku nie mieliśmy ani jednej sytuacji, w której wstawilibyśmy uczniowi ujemne punkty za łamanie reguł. Wszystko jest zrozumiałe, a uczniowie może na początku mieli jakieś obiekcje, ale na tę chwilę im to nie przeszkadza - kontynuowała.

Co istotne, to rozwiązanie pozytywnie wpłynęło na zachowania uczniów. Przerw nie poświęcają wpatrywaniu się w telefony komórkowe, ale budują relacje z rówieśnikami.

Na korytarzu widzę normalne dzieci, które rozmawiają ze sobą czy się przepychają. Rozwiązujemy teraz takie problemy, które stricte dotyczą interakcji społecznych. Wyjaśniamy, jak się zachować, by nie zrobić sobie krzywdy. Odpadł nam jednak największy problem dotyczący rozwiązywania kłopotów generowanych przez telefony. Uczymy jednak, jak korzystać z tych urządzeń poza szkołą. Docierają do nas czasami informacje, że uczniowie robią jakieś "głupoty" w sieci. W szkole jednak nikt zasad nie łamie. Jeżeli zaś zachodzi jakaś pilna potrzeba skorzystania z telefonu, to dziecko może otworzyć saszetkę w sekretariacie lub u pani woźnej - wyjaśniła dyrektorka.

Zdradziła nam również, że czasem jest pytana o to, czy system przekłada się na wyniki w nauce. - Nie ma to bezpośredniego przełożenia. Tu chodzi bardziej o bezpieczeństwo i komfort pracy ucznia, a także skupienie i o to, by dziecko umiało rozmawiać z innym dzieckiem. To jest dla nas najważniejsze. Oczywiście nie nad wszystkim możemy mieć kontrolę. Dlatego bardzo istotne jest to, by dzieci miały mądrych rodziców. To jest klucz do sukcesu - zaznaczyła.

Zaczęło się od nagrania z Wielkiej Brytanii

Wiesława Hnatewicz ujawniła też, w jakich okolicznościach pojawił się temat wdrożenia takiego rozwiązania do jej placówki. - Podczas któregoś ze spotkań z Radą Rodziców napomknęłam, że coraz częściej mamy sytuacje, o których muszę ich informować - że np. dzieci wchodzą do toalety, robią jakieś filmy, a potem z tego tytułu jest dużo nieprzyjemności, którymi trzeba się zajmować. Wtedy przewodnicząca rady zapytała mnie, czy widziałam filmik ze szkoły brytyjskiej. Poprosiłam o przesłanie. I tak zaczęła się moja przygoda z poszukiwaniem tych saszetek - powiedziała.

Koszt jednej saszetki to 80 zł. Z uzbieraniem środków nie było kłopotu - Rodzice sami znaleźli środki na ten cel. Rokrocznie w szkole organizujemy projekty pt. "Uczniowski Budżet", w ramach których są organizowane kiermasze czy loterie. Tak zgromadzone środki są później wykorzystywane na cele, które są wybierane drogą głosowania. Właśnie dzięki temu udało się uzyskać pieniądze na saszetki - dodała dyrektorka.

Wiesława Hnatewicz zauważyła również, że tego typu system co prawda w jej szkole zdaje egzamin, ale w innych placówkach może nie przynieść oczekiwanych rezultatów.

Problemy z telefonami w szkołach są bardzo newralgicznym tematem, podobnie jak uzależnienia od tych urządzeń. To niekiedy jest naprawdę tragedia. Saszetki są jakimś sposobem, ale nie twierdzę, że zda on egzamin w każdej szkole. Trzeba być zdecydowanym, jeśli chodzi o egzekwowanie zasad. Nauczyciele muszą być konsekwentni. W mojej szkole to się sprawdza, a rodzice są zadowoleni. Uczniowie zaś już nie widzą w tym żadnego problemu - podsumowała.

Mateusz Domański, dziennikarz o2.pl

Wybrane dla Ciebie
Takie czapki noszą Grenlandczycy. Protestują przeciwko Trumpowi
Takie czapki noszą Grenlandczycy. Protestują przeciwko Trumpowi
To nie fotomontaż. Pojawiły się w lesie. Leśnicy pokazali dowód
To nie fotomontaż. Pojawiły się w lesie. Leśnicy pokazali dowód
Studniówka na Podlasiu. Do akcji wkroczyli leśnicy. Niosą się zdjęcia
Studniówka na Podlasiu. Do akcji wkroczyli leśnicy. Niosą się zdjęcia
Naukowiec twierdzi, że odtworzył smak Coca-Coli. Wskazał klucz
Naukowiec twierdzi, że odtworzył smak Coca-Coli. Wskazał klucz
Żona boksera nagle zmarła. Była w ciąży. Tyle już zebrano na pomoc
Żona boksera nagle zmarła. Była w ciąży. Tyle już zebrano na pomoc
Marsz milczenia w Jeleniej Górze. Hołd dla 11-letniej Danusi
Marsz milczenia w Jeleniej Górze. Hołd dla 11-letniej Danusi
Aż chwycili za telefony. Nagranie z polskiej studniówki niesie się po sieci
Aż chwycili za telefony. Nagranie z polskiej studniówki niesie się po sieci
Zablokowali trasę S7. Auta ustawione w poprzek
Zablokowali trasę S7. Auta ustawione w poprzek
Fałszywy wnuczek przyszedł do 91-latki. Oto, co znaleźli przy nim policjanci
Fałszywy wnuczek przyszedł do 91-latki. Oto, co znaleźli przy nim policjanci
Niemiec stworzył pączka, który posmakuje Polakom. Ma nietypowy składnik
Niemiec stworzył pączka, który posmakuje Polakom. Ma nietypowy składnik
Agresywny atak na nauczycielkę w Bolesławcu. 17-latek grozi więzienie
Agresywny atak na nauczycielkę w Bolesławcu. 17-latek grozi więzienie
Tyle zapłacił za piwo i słaby obiad w Alpach. "Oszukiwanie ludzi"
Tyle zapłacił za piwo i słaby obiad w Alpach. "Oszukiwanie ludzi"