Sprawdzamy pogodę dla Ciebie...
Wróć na
Łukasz Maziewski
Łukasz Maziewski
|
aktualizacja

"Rosyjski desant będzie się długo odbudowywał". Tak Rosja przegrała kluczową bitwę

Podziel się:

Śmigłowce nadleciały z północy. Około 34 transportowe Mi-8, eskortowane przez Kamowy Ka-52 zwane "Aligatorami". Z przyziemiających, niezgrabnych Mi-8 zaczęli wyskakiwać rosyjscy żołnierze. Było kilka minut po ósmej rano, 24 lutego. Właśnie zaczynała się wojna w Ukrainie - od ataku na lotnisko Hostomel pod Kijowem. Rosjanie w tej bitwie ponieśli jednak sromotną klęskę. W rozmowie z o2.pl żołnierz polskiej brygady aeromobilnej wyjaśnia jej przyczyny.

"Rosyjski desant będzie się długo odbudowywał". Tak Rosja przegrała kluczową bitwę
Rosyjscy żołnierze na lotnisku w Hostomelu (YouTube)

Łukasz Maziewski: 1,5 miesiąca temu Rosjanie ruszali do desantu na Hostomel. Od niego zaczęła się wojna w środku Europy, która pochłania tysiące ofiar. Dlaczego zaczęła się ona w tym miejscu i czemu ten atak się nie udał?

Piotr, żołnierz jednej z brygad aeromobilnych*: Istnieje przekonanie, że atak na Hostomel to miał być szybki atak dekapitacyjny i ja się z tym zgadzam - przemawia za tym kilka faktów oraz skłonność Rosjan do takich rozwiązań i stawiania świata przed faktami dokonanymi. Tak było z atakiem na pałac prezydencki w Afganistanie czy rajd na lotnisko w Prisztinie. Operacje powietrznodesantowe z założenia angażują różne rodzaje sił zbrojnych. Od lotnictwa przez siły lądowe (wojska pancerne i zmechanizowane, oczywiście aeromobilne, a czasem nawet marynarkę wojenną i wojska specjalne). To jest trudne do zgrania, a zgranie i zaplanowanie w najmniejszym szczególe jest warunkiem sukcesu. To po pierwsze. Ale są także niezmienne czynniki, które decydują o powodzeniu – lub niepowodzeniu – operacji powietrznodesantowych.

Jakie to czynniki?

Wyróżniłbym trzy najważniejsze. Zaskoczenie, przygotowanie informacyjne i rozpoznanie oraz zapewnienie przynajmniej lokalnej przewagi powietrznej. I teraz przejdźmy do Hostomela. Czy Ukraińcy byli zaskoczeni atakiem? W tym samym momencie, gdy w kierunku Hostomela leciał śmigłowcami pierwszy rzut rosyjski, awangarda, której celem było opanowanie lądowiska, ustanowienie przyczółku desantowego, jego ubezpieczenie, ocena stanu pasa oraz usunięcie ewentualnych przeszkód na nim, w mediach społecznościowych pojawiły się nagrania z przelotu z lokalizacją. Trudno mówić o zaskoczeniu, prawda? Ukraińcy wiedzieli, co się szykuje. I przygotowali się.

Dlatego rosyjskie śmigłowce zaczęły spadać?

Prawdopodobnie dwie maszyny spośród ponad 30. To są dopuszczalne straty. I też prawdopodobnie w ramach zasadzki przeciwlotniczej. Ale tu wchodzi inna kwestia. Gdzieś w mediach spotkałem się z określeniem, że Ukraińcy "grają na kodach". Chodzi o sojuszniczy wysiłek NATO w zakresie rozpoznania. Ukraińcy dobrze wiedzieli dzięki temu, co się szykuje. Pamiętasz, jak pojawiła się wiadomość, że z terenu Rosji wystartowały samoloty transportowe Ił-76?

Oczywiście.

Ta informacja błyskawicznie trafiła do mediów. I znowu: o żadnym zaskoczeniu nie mogło być mowy. Tym bardziej, że pierwszy śmigłowiec już walczył na płycie lotniska. Desant nie jest po to, by bohatersko bronić się w zajętym obiekcie. Zasadą jest to, że za desantem muszą iść siły na połączenie, jakiś oddział wydzielony stworzony z jednostek pancernych czy zmechanizowanych, który wesprze lub zluzuje siły desantu aż do podejścia pierwszego rzutu. Desant z założenia walczy tym, co ma na plecach i w zasobnikach indywidualnych. W przypadku desantu spadochronowego ma jeszcze wsparcie tary desantowej, a przynajmniej zasobników towarowych.

Tara?

Dodatkowe wyposażenie, zapasy materiałowe, broń i amunicja, środki opatrunkowe zrzucane w ślad za skoczkami na spadochronach. A w rzucie śmigłowcowym żołnierze mają ze sobą tylko to, co zapakowali do plecaków i upchnęli pod siedziskami w śmigłowcu. I to dokładnie było widać na nagraniach z ataku na Hostomel: wyciąganie w pośpiechu jakichś skrzyń, pakunków spod ławek. Oni mieli ograniczone zasoby i czas na wykonanie zadania taktycznego po desantowaniu odgrywał kluczową rolę. Ale ich lądowanie to była też ważna informacja dla Ukraińców. Wiesz jaka?

Domyślam się, ale wolę, żebyś Ty to powiedział.

Jeśli wylądował desant, to są dwie możliwości. Albo zaraz za nim idą siły lądowe, wspomniany oddział wydzielony, a za nim reszta sił, plus niebawem nad lotniskiem pojawia się drugi rzut: lądujący albo spadochronowy. I tu otwiera się niewielkie okienko czasowe, w którym jedni muszą to zaskoczenie wykorzystać, a drudzy zrobić wszystko, by go zniszczyć. Ale tu wszedł drugi z wymienionych przeze mnie determinantów powodzenia operacji desantowej.

Rozpoznanie sił przeciwnika na obiekcie.

Tak jest. Jeśli wylądował tam, przyjmijmy, niepełny batalion, czyli ok. 300 osób, to musimy założyć, że ktoś optymistycznie ocenił, że tego lotniska będzie broniła nie więcej niż kompania. Bardzo optymistyczne założenie. I tu pojawia się najważniejsze zadanie pierwszego rzutu - rozszerzenie przyczółku desantowego. Tak jak mostu nie broni się na moście i jego przyczółkach, tak jak miasta nie broni się od początku w budynkach miasta, tak samo jest z lotniskiem. Nie broni się go na pasach startowych.

W jakim celu?

Żeby oddalić od pasa startowego, od lądujących samolotów, podstawowe środki rażenia, czyli wyrzutnie pocisków przeciwlotniczych (tzw. MANPADS), lekkie moździerze czy choćby ciężką broń strzelecką. Lądujący lub będący na prostej do zrzutu samolot transportowy to wielka, ciężka, latająca krowa, wypełniona paliwem i żołnierzami. Można go zestrzelić łatwiej, niż się wydaje. Dlatego zadaniem tych lądujących w pierwszym rzucie było wyjście z płyty lotniska i powiększenie przyczółku, wypychanie obrońców głęboko poza lotnisko. Ale okazało się, że siły atakujących były zbyt małe. Ugrzęźli praktycznie na pasie startowym i okolicznych zabudowaniach. Stracili inicjatywę, element przynajmniej częściowego zaskoczenia, a w dodatku zaczęły się pojawiać kolejne jednostki ukraińskie i - co jest zupełnym kuriozum - ukraińskie samoloty.

I zaskoczenie trafił szlag.

Tak, resztki zaskoczenia. Potem poszły MANPADS-y, pojawiły się, jak wspomniałem, ukraińskie samoloty i było po operacji. Drugi rzut był w drodze na lecących z Rosji samolotach, ale widać ktoś podjął jedyną słuszną decyzję, że kontynuowanie operacji byłoby samobójstwem. Jeśli został opanowany tylko pas i okoliczne budynki, przyczółku nie zabezpieczono, latają wokół rakiety plot i zaczyna się wstrzeliwać artyleria, to jak oczekiwać, że wlecą tam transportowce? Tu się zemściło nonszalanckie podejście Rosjan w pierwszej fazie operacji.

To znaczy?

Weźmy takich Amerykanów. Oni takie operacje przygotowują zupełnie inaczej. Najpierw dokładne rozpoznanie zagrożeń na trasie i w rejonie desantowania, potem obezwładnienie pociskami manewrującymi uderzeniami lotniczymi, rajdy śmigłowców i wojsk specjalnych, niszczenie systemów obrony przeciwlotniczej przeciwnika, radarów. I dopiero wchodziły wojska lądowe. A tu, w uderzeniach na lotniska, porażono wieże kontroli lotów, budynki i stacje paliw. A samoloty spod uderzenia wyszły w zasadzie z minimalnymi stratami, były i są aktywne.

Czyli błędne założenie w sztuce operacyjnej?

Rosjanie założyli widać, że wystarczy nawet nie zniszczenie, ale obezwładnienie lotnictwa wroga. Że po kilku-kilkunastu godzinach, maksymalnie dwóch dniach, dojdzie do zmiany rządu i będzie zupełnie nowa sytuacja polityczna. Mówiąc potocznie: poszli na ura. Przed lądowaniem powinno się wykonać artyleryjskie przygotowanie desantu. W rejonie desantu rozpoznajemy wcześniej środki ogniowe i niszczymy je. Aby zadanie było ułatwione – by iść do przodu, by kolejne rzuty mogły umacniać się i iść dalej. A tu nic takiego nie było. "Mrija", która była na lotnisku w Hostomlu, została zniszczona po dwóch tygodniach.

To na co liczyli Rosjanie? Że wezmą lotnisko z marszu?

Wydaje mi się, że Rosjan rozzuchwaliło niemal bezkrwawe zajęcie Krymu w 2014 r. Ich planiści mogli oczekiwać, że teraz uda się zrobić podobnie, tylko bardziej zuchwale, i zająć strategiczne lotnisko. Bo Hostomel był ważny. Bardzo. Z niego – oczywiście w mojej ocenie – miało pójść uderzenie dekapitujące na Kijów.

Czyli zwykła brawura i głupota dowódców?

Nie traktujmy Rosjan jak głupców. Problem jest, zdaje mi się, gdzie indziej, w tym, co jest normą we wszystkich armiach, czyli im wyżej jesteś w hierarchii, tym bardziej żyjesz obok rzeczywistości i realiów, a przyjmujesz za pewnik obraz stworzony z czyszczonych na każdym szczeblu niewygodnych informacji i meldunków z dołu. Dla udowodnienia jakiejś przyjętej z góry tezy, planu strategicznego czy politycznego usuwano w meldunkach to, co mogłoby ją podważyć. I nagle decydenci, Putin, Szojgu i inni dostają informację: Ukraińcy czekają na wyzwolenie, armia ukraińska nie będzie stawiać oporu, śmiały wręcz bezczelny rajd pod stolicę kraju ich przybije i pozbawi woli walki.

Bo siłą rozpędu weźmiemy?

Tak. I za to WDW (wozduszno-desantnyje wojska – siły powietrznodesantowe) zapłaciło wysoką cenę. Ale też nie mówmy, że poszli do tego zadania nieprzygotowani. Ten sam wariant działań, praktycznie co do samolotu, co do jednego śmigłowca, był ćwiczony na ubiegłorocznym ZAPADZIE. Ćwiczyli zajęcie lotniska, i to w dwóch rzutach, niemal dokładnie tymi samymi siłami. Wtedy drugi rzut dostarczył wozy bojowe, lądując na lotnisku. Wtedy zadziałało, ale realna walka zweryfikowała te plany. Źle oceniono morale Ukraińców, źle oceniono ich siły i zdolność do reakcji. Nie było zaskoczenia i nie zniszczono kluczowych elementów obrony lotniska, ale też i artylerii w głębi, która potem orała desant. Puszczono ich na żywo, na zasadzie "jakoś będzie". Jesteście WDW, jesteście "desantniki", a desant sobie poradzi zawsze i wszędzie. No nie poradził. Zawrócono lecące z Rosji Iły, oni zaczęli się przebijać do swoich sił, manewrować i kombinować, ale cały plan błyskawicznego zajęcia był już wtedy martwy. I zaczęła się improwizacja.

Co to znaczy?

To jest tylko moja ocena - poza kierunkiem południowym i oddziałem wydzielonym siły lądowe miały wjechać i zabezpieczyć teren, a następnie przystąpić do kształtowania nowej putinowskiej wizji Ukrainy. Prezydent ginie lub przynajmniej opuszcza stolice, dokonujemy podmianki władz, a Europa zagłębia się w dyskusjach, kto jest legalnym przedstawicielem Ukraińców, jednak operacja się nie udała i poborowi plus RosGwardia nagle się obudzili na pierwszej linii walk, zamiast zabezpieczać i izolować odosobnione punkty oporu dla WDW i specnazu. A Ukraińcy byli zmotywowani, zdeterminowani, doposażeni, lepiej wyszkoleni i z dobrym rozpoznaniem. Dlatego podkreślam: świadomość operacyjna, którą zapewniało NATO, jest nie do przecenienia. To jest równowartość walczącej kolejnej dywizji. Zresztą Amerykanie sami przyznali, że mają w Kijowie, jak to nazwali, "końcówkę ludzką", czyli zespół, który Ukraińców "ustawiał" informacyjnie.

No i Ukraińcy byli poważnie doposażeni sprzętem.

Oczywiście. Zaryzykowałbym, że w historii żadnego konfliktu nie było takiego nasycenia bronią przeciwpancerną i przeciwlotniczą, jak dziś w Ukrainie. I wybór pory ataku: najgorszej z możliwych, przy zaczynających się roztopach, gdzie ruch wojsk został skanalizowany przede wszystkim do utwardzonych dróg. Ukraińcy, jeżdżący nierzadko na lekkich pojazdach, znając teren, mogą flankować, atakować z boku, urządzać zasadzki, a Rosjanie przeważnie zaskoczeni w ugrupowaniu marszowym mają bardzo ograniczone możliwości rozwinięcia i podjęcia walki. Mogą w zasadzie tylko pozostać w kolumnie i próbować wyjść spod ognia. Bo wyjście poza asfalt kończy się utknięciem w błocie.

Taka kolumna, długa na kilka kilometrów, jechała np. na Kijów. No i nie dojechała.

To też było niezgodne z jakimikolwiek podstawami prowadzenia działań. Pododdziały powinny mieć zabezpieczone alternatywne drogi dotarcia do celu. I nigdy brygada, dywizja nie powinna poruszać się po jednej drodze. Dodatkowo w czasie marszu wysyła się patrole, ubezpiecza z boków tyły, uniemożliwiając przeprowadzenie zasadzek, ale też szuka alternatywnych tras, by nie dopuścić do sytuacji, gdy tworzy się kilkudziesięciokilometrowy korek będący tarczą strzelecką.

Zatrzymało tę kolumnę de facto kilkudziesięciu żołnierzy wojsk specjalnych, wyposażonych w broń przeciwpancerną i drony.

Kto ich zatrzymał, to tak naprawdę nie wiadomo, Ukraińcy pokazują nam to, co uważają, że powinniśmy zobaczyć. Ale tak, drony odgrywają w tym konflikcie ogromną rolę. Już wcześniejsze wojny, w Syrii czy w konflikt armeńsko-azerski, pokazały, że użyteczny dron nie musi być koniecznie wyspecjalizowaną maszyną za miliony dolarów. Ukraińcom, na poziomie taktycznym wystarczają prostsze "latające kamery", które pozwalają operatorom zobaczyć, co jest za górką, za lasem. Mają wykryć zagrożenie, oszacować jego siły, przewidzieć i uprzedzić jego zamiary

Mówisz o poziomie taktycznym. Ale na poziomie strategicznym…

… mają pomoc innych krajów. Do obrazowania satelitarnego, jak sądzę, też mają dostęp.

To porozmawiajmy o wnioskach, jakie wyciągną różne armie Europy i świata z wojny w Ukrainie. Polska armia, mam nadzieję, też.

Po pierwsze i najważniejsze: opłaca się wysokie nasycenie bronią przeciwpancerną. Wyposażony w relatywnie tanią broń przeciwpancerną, dobrze wyszkolony żołnierz jest w stanie walczyć i niszczyć tak drogie i skomplikowane w obsłudze pojazdy jak czołgi, systemy obrony przeciwlotniczej czy nawet – co pokazało nagranie z zestrzelenia jednostki rosyjskiej pociskiem Stugna-P – śmigłowce. Po drugie: przestańmy mówić o "zmierzchu" poszczególnych narzędzi walki czy rodzajów sił zbrojnych. To bzdura. Nie ma "końca piechoty", "końca czołgów", "końca wojsk zmechanizowanych" itp. Wojna w Ukrainie pokazała dobitnie, że w XXI w. w tym do bólu klasycznym konflikcie obok dronów, WRE, pocisków naprowadzanych laserowo, rakiet manewrujących itp. główny ciężar walki wciąż spoczywa na piechocie, a nieocenionym narzędziem walki są czołgi, BWP, transportery opancerzone. I co najważniejsze artyleria nadal jest "królową wojny".

System naczyń połączonych.

Takim system wojsk jest, było i będzie. Jeśli jedna część będzie kulała, to odbije się to na całości działań wojennych. Doskonały przykład tego widzieliśmy w Odessie.

To znaczy?

Część wojsk ukraińskich była szachowana przez stojące na horyzoncie okręty desantowe. Wbrew twierdzeniom niektórych, że jeśli działania odbywają się głównie na lądzie, to środki wydane na okręty są środkami straconymi, widzieliśmy tu zupełnie coś innego. Praktycznie nieuzbrojone okręty poprzez zagrożenie desantem wymuszały utrzymywanie w gotowości i wiązały znaczne siły, które mogłyby być wykorzystane gdzie indziej. Tylko stały. Czyli nie może być tak, że pójdziemy tylko w stronę lotnictwa, tylko w stronę wojsk pancernych, lekkiej piechoty itp., a zaniechamy np. posiadania śmigłowców czy lotnictwa. Po trzecie: okazało się, ile są warte "kółeczka na mapie" i "strefy antydostępowe", rysowane przez różnych teoretyków. Mamy 5. tydzień wojny i przy tak wielkiej, jak mówiono, przewadze rosyjskich systemów przeciwlotniczych czy ich lotnictwa ukraińskie samoloty latają i są w stanie zadawać Rosjanom straty.

Coś jeszcze?

Zmuszenie terenu do walki za nas. Ukraińcy pokazują, jak można przekuć cechy terenu, zawały, planowe zniszczenia i podtopienia w instrument walki.

Wróćmy jeszcze do punktu wyjścia. Czy to, co zdarzyło się w Hostomlu, będzie zmierzchem działania rosyjskiego WDW?

Desant w rosyjskiej armii i szerzej w kulturze i popkulturze zajmuje szczególne miejsce. Powiem tak: nawet jeśli będziesz miał najlepszy, najostrzejszy nóż, a będziesz otwierał nim konserwy, to jeśli go nie złamiesz, to przynajmniej wyszczerbisz. I tu było podobnie. Wizerunek WDW został mocno nadszarpnięty. Tyle że nie w Hostomlu, ale później. To jest właśnie kwestia odpowiedniego użycia odpowiedniego narzędzia. Wysyłanie do zdobywania miast desantu z ich pojazdami, mocno uzbrojonymi, ale wrażliwymi na ostrzał, jest głupotą. To wyzbywanie się najlepszych jednostek w działaniach, do których nie zostali przeznaczeni i nigdy w ten sposób nie powinni zostać użyci. WDW nie znikną, ale długo będą się odbudowywać.

Co masz na myśli?

Jeśli masz niedoinwestowane wojska zmechanizowane, bo pakujesz pieniądze w szkolenie i rozwój desantu, w końcu wizytówki rosyjskiej armii, to zamiast wysłania piechoty zmechanizowanej wysyła się to, czym się dysponuje. A dysponuje się lekko uzbrojonymi jednostkami WDW. Ale etosem, legendą i wizerunkiem nie wygra się z dobrze wyposażonym, zdeterminowanym przeciwnikiem. Siły strategiczne, specnaz, WDW, trochę marynarka wojenna, wysysały najlepszych rekrutów i kontraktorów, a w "zmechu" zostawało najgorsze mięso armatnie, być może zdolne do zaprowadzania "porządku i ruskiego miru", ale nie do walki ze zdeterminowanym przeciwnikiem.

A może desant jest po prostu anachronizmem w dzisiejszych czasach?

Błąd. Desant ewoluuje. Jakie są i były podstawowe zadania tej formacji? Zdobywanie ważnych obiektów w głębi ugrupowania przeciwnika. Ale to było, a przynajmniej zeszło na dalszy plan. Świat dawno poszedł innym tropem. U nich desant coraz bardziej ewoluuje w stronę sił szybkiego reagowania zdolnych do przerzutu w ciągu godzin, w niemal dowolny punkt na świecie, zabezpieczenia interesów państwa czy ochrony jego obywateli. Zobacz, jak funkcjonuje np. 82. dywizja powietrznodesantowa US Army. Mogą zabezpieczać działania ewakuacji personelu niewojskowego, dyplomatów, zapewniać wolność transportu, wprowadzać nowe pododdziały w procesie narastania sił. To jest forpoczta ciężkich pododddziałów. Wchodzą jako pierwsi, zabezpieczają przybycie ciężkich sił, mających przejąć na siebie ciężar walki. Ale też ze względu na zdolność do przeniesienia walki w trzeci wymiar i błyskawicznej reakcji mogą służyć jako odwód i swoista straż pożarna dowódców. Ale również - co niewielu wie - mają zdolność do zaopatrywania odciętych, okrążonych wojsk z powietrza. A Rosjanie poszli inną drogą.

Jaką?

Oni skoncentrowali się na opanowywaniu obiektów w głębi terenu przeciwnika. Poprzez dodanie im wozów BMD zrobiono z nich namiastkę "skrzydlatej" piechoty zmechanizowanej. A "skrzydlata piechota zmechanizowana" to jak świnka morska.

Ani morska, ani świnka.

Dokładnie

To co zrobią teraz Rosjanie?

Jak to oni – mają zawsze plan B. Może przedstawią działania na północy jako wielką maskirowkę i powiedzą oficjalnie, że sukcesem był "plan B", czyli zdobycie Odessy, Mariupola, połączenie Krymu z częścią lądową Rosji? Wydaje mi się, że potrzebują punktu zwrotnego, jakiegokolwiek sukcesu, po którym nastąpi deeskalacja działań. A później nakręcą kilka filmów o bohaterstwie swoich sołdatów i powstanie nowa legenda.

* personalia rozmówcy zostały zmienione

Zobacz także: Ukraina odpiera Rosję w powietrzu? Gen. Pacek o strategii Ukrainy
Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Źródło:
o2pl
Oferty dla Ciebie
Wystąpił problem z wyświetleniem strony Kliknij tutaj, aby wyświetlić