Był ciepły czerwiec 1984 r., gdy 28-letni Andrzej Czabański dopuścił się zbrodni, za którą został skazany na karę śmierci. Był ostatnim Polakiem, wobec którego wykonanie takiego wyroku było możliwe.
Po odwiezieniu ciężarnej żony do szpitala podchmielony Czabański zapukał do drzwi Weroniki N. (dane zostały zmienione). Od dawna podkochiwał się w starszej o kilkanaście lat sąsiadce. Feralnej nocy postanowił wywabić ją z domu. Wiedział, że kobieta mieszka sama z dwiema nastoletnimi córkami. Mąż Weroniki, dentysta, pracował w Stanach Zjednoczonych.
Czabański powiedział zaskoczonej sąsiadce, że na poczcie czeka na nią rozmowa z USA. Ponieważ mąż nie odzywał się od dłuższego czasu, kobieta - niewiele myśląc - wsiadła do samochodu. To były ostatnie chwile jej życia.
W realiach lat 80. widok fiata 126p przemierzającego ulice nocą nie pozostał niezauważony przez milicjantów. Wyczuli, że kierowca spożywał alkohol, mimo to pozwolili mu odjechać.
Zbrodnia pod osłoną nocy
Czabański w końcu wyznał Weronice, że żadnego telefonu z USA nie było. Próbował namówić kobietę na seks. Gdy ta odmówiła, 28-latek wpadł w furię.
Uderza tak mocno, że ta upada, rzuca się na nią, gwałci, wraca do samochodu po lewarek i bije nim wielokrotnie kobietę. Kiedy w szale lewarek wypada mu z ręki, wyciąga z malucha podnośnik i miażdży nim ciało. Krew jest wszędzie, nawet na masce samochodu - relacjonował były policjant Dariusz Nowak na kanale "Kryminalny Patrol".
Czabański ukrył zwłoki, a potem wrócił do domu kobiety, żeby zabić jej nastoletnie córki. Dziewczęta były niewygodnymi świadkami - wiedziały, że matka wychodzi z sąsiadem.
Najpierw Czabański próbował udusić 18-letnią Darię, następnie rzucił się na jej 13-letnią siostrę. Krzyk nastolatek zaalarmował sąsiadów, ale Czabański zdążył uciec przez okno. Milicjanci zatrzymali go po kilku godzinach. Przyznał się do winy. Tego samego dnia dowiedział się, że po raz drugi został ojcem - jego żona urodziła córeczkę.
"Skazuję pana na karę śmierci"
Ta zbrodnia wstrząsnęła opinią publiczną. Jak opisywali kilka lat temu dziennikarze WP, gdy sędzia odczytywał wyrok, sala sądowa pękała w szwach. Zebrani mogli przyjrzeć się młodemu mężczyźnie o łagodnych rysach twarzy i nienagannej fryzurze. Czabański zachowywał spokój - nawet wtedy, gdy z ust sędziego padły te słowa:
W imieniu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej skazuję pana na karę śmierci.
Był to 321., a zarazem - ostatni taki wyrok w Polsce po 1956 r. (wówczas w kodeksie karnym nie było dożywocia, a - w ocenie sądu - 25 lat więzienia nie byłoby wystarczającą karą).
Egzekucję przeprowadzono 21 kwietnia 1988 w więzieniu przy ul. Montelupich w Krakowie. Przed śmiercią Czabański poprosił o ostatniego papierosa.
Wtedy w Polsce najbardziej humanitarna była tak zwana metoda długiego sznura - opisywał wspomniany już Dariusz Nowak. - Jeżeli był zbyt krótki, ofiara dusiła się na nim przez dłuższy czas. Jeśli był zbyt długi, skazaniec runął w dół, ale mogła się po prostu urwać głowa, co też się zdarzało - podkreślił.
Odpowiednio przygotowany sznur trafiał do zalakowanej koperty, którą przekazywano naczelnikowi więzienia. W Polsce skazaniec do ostatniej chwili nie wiedział, kiedy zostanie wykonany wyrok śmierci. 21 kwietnia ok. godz. 17.00 w celi Czabańskiego zjawił się adwokat mężczyzny, prokurator, naczelnik więzienia i ksiądz. Prawdopodobnie dopiero wtedy do 28-latka dotarło, że są to jego ostatnie chwile.
Czabański zginął, gdy prowadzono już rozmowy dotyczące zniesienia kary śmierci. Miał wówczas 29 lat i do końca wierzył w powodzenie wniosku do Przewodniczącego Rady Państwa o ułaskawienie.