Szukają ciała syna w Wiśle. "Potrzebujemy cudu"
- Potrzebujemy cudu - mówi o2.pl Agnieszka Dymińska, matka zaginionego Krzysztofa, który zniknął bez śladu trzy lata temu. Ojciec 16-latka prowadzi poszukiwania syna na Wiśle. – To, że go jeszcze tam nie odnalazłem, daje nam nadzieję, że gdzieś może żyć - dodaje. Rodzice wspominają, jakim dzieckiem był Krzysztof i z jakimi absurdami obecnie się mierzą.
Nad ranem 27 maja 2023 zaginął Krzysztof Dymiński. 16-latek wyszedł ze swojego domu niedaleko Ożarowa Mazowieckiego i ruszył autobusem do Warszawy. Tuż przed godz. 6 rano przebywał na Moście Gdańskim. Potem ślad się urywa.
Rodzice Krzysztofa od początku angażują się w poszukiwania syna. Jego ojciec opływa Wisłę szukając ciała nastolatka. Agnieszka oraz Daniel Dymińscy stworzyli kampanię "Gdzie jesteś", której celem jest pomoc w odnalezieniu innych zaginionych dzieci, wsparcie poszukujących ich rodzin, ale też budowanie świadomości, uważności i gotowości do szukania wsparcia, pochylenie się nad kwestiami zdrowia psychicznego i jakości relacji z dziećmi. Zrozpaczonym rodzinom, na podstawie swoich doświadczeń, udzielają wskazówek, co robić i jak postępować po zaginięciu.
W poniższej rozmowie wskazują na kwestie, z jakimi spotykają się po zaginięciu Krzysztofa. Historię poszukiwań 16-latka opowiada film "Bez końca" w reż. Michała Marczaka, który wyświetlany był na festiwalu filmów dokumentalnych MDAG. Zdobył na nim m.in. nagrodę za najlepsze zdjęcia czy nagrodę Stowarzyszenia Kin Studyjnych. Premiera światowa filmu odbyła się na festiwalu Sundance w USA. W Europie, na festiwalu w Grecji, zdobył główną nagrodę, Złotego Aleksandra, co otwiera mu drogę do Oskara w kategorii pełnometrażowego filmu dokumentalnego.
Mateusz Kaluga, dziennikarz o2.pl: Czy pamiętają państwo dzień zaginięcia Krzysztofa?
Agnieszka Dymińska: Oczywiście. To było 27 maja 2023 r. Poprzedniego wieczora ustaliliśmy, że zawiozę syna na spotkanie przygotowujące do bierzmowania. Obudziliśmy się, ale syna nie było w domu. Myśleliśmy, że pojechał sam. Że nie chciał nas budzić. Miałam go zawieźć, ale gdy poszłam do niego do pokoju, już go nie było.
I wtedy pojawił się niepokój?
Daniel Dymiński: Ogromne przerażenie. Pierwszy raz w życiu człowiek się budzi i nie widzi dziecka w domu. Na początku myśleliśmy, że sam poszedł na autobus. Jednak gdy nie odbierał telefonu, a znajomi nic nie wiedzieli, zaczęły pojawiać się bardziej niepokojące myśli. Że może coś mu się stało, że zasłabł w drodze do autobusu…
Agnieszka: Można powiedzieć, że Krzysztof był już dorosłym, młodym mężczyzną, niezależnym również finansowo, bo miał swoje środki i kartę miejską. Był w pełni samodzielny. Sam poruszał się po Warszawie, jeździł do szkoły.
Minęły trzy lata. Czy potraficie mówić o zaginięciu syna bez emocji?
Daniel: To siedzi w człowieku. Krzysiek jest częścią naszej rodziny, więc zawsze wiążą się z tym emocje. Tym bardziej że nie wiemy, co się z nim stało. Nie mamy pewności, czy utonął w Wiśle, czy zdecydował się skoczyć, czy po prostu zszedł z tego mostu. Walczymy o tę prawdę.
Agnieszka: Tak, emocje towarzyszą nam w różnym natężeniu. Czasami przychodzi to na przykład w sklepie, w którym Krzyś lubił być, albo gdy telefon przypomni jego zdjęcie. Świadomie pozwalamy sobie na przeżywanie tych wspomnień.
Urodziny i święta są pewnie najtrudniejsze?
Agnieszka: Urodziny, święta, imprezy rodzinne. Każdy dzień jest trudny. Myślimy o nim cały czas, nawet gdy, idąc ulicą, widzi się uśmiechniętą młodzież w jego wieku.
Daniel: Dodatkowo żal budzą wszystkie aspekty prawno-organizacyjne w naszym państwie.
Na przykład?
Daniel: Nie możemy obejrzeć ostatniej drogi Krzyśka z monitoringu zebranego przez policję. Odmawia się nam dostępu, zasłaniając się tym, że to tajne akta i działania operacyjne. My nie chcemy znać tych działań, chcielibyśmy zobaczyć tylko efekt – obraz naszego syna przemieszczającego się na Most Gdański. To nam po ludzku potrzebne, żeby móc przeżyć jego ostatnią drogę. Zaczynamy podejrzewać, że policja po prostu nie ma nagrań i dlatego nie chce ich pokazać.
Macie państwo prawnika? Można coś na policji wymóc?
Daniel: Mamy prawnika, ale nie toczy się żadna sprawa. Przepisy w Polsce są niejednoznaczne i pozwalają policji, jeżeli coś jest niewygodne, przykryć to klauzulą tajności i powołać się na działania operacyjne. Uważamy, że to nie jest uczciwe.
Dlaczego obraz dziecka idącego ulicą miałby być tajny?
Daniel: To pytanie do policji. Nie rozumiemy, dlaczego jest to dla nas niedostępne.
Co Krzysztof mógł robić na moście?
Agnieszka: Stał. Pokazano nam tylko jedno zdjęcie z mostu, jak stoi. Policja twierdzi, że stał tam 20 minut.
Nic więcej?
Agnieszka: Gdybyśmy widzieli te nagrania, moglibyśmy panu odpowiedzieć. Znamy go najlepiej, moglibyśmy ocenić jego zachowanie, jego zamiary. Nie wiemy, czy tylko patrzył w dal, czy próbował przejść przez barierkę, czy może chciał zejść z tego mostu.
Jak sobie Państwo radzą z tą sytuacją?
Agnieszka: Nie ma złotej metody. Na początku otrzymaliśmy pomoc psychologa traumatologa. Nauczył nas, jak sobie radzić, jak opanować myśli, jak nie budować scenariuszy "co by było gdyby". To metody niezbędne do przetrwania tej ciężkiej sytuacji.
Daniel: Staramy się żyć w miarę normalnie. Wróciliśmy do pracy, ale jednocześnie angażujemy się w pomoc innym rodzinom osób zaginionych oraz w działania informacyjno-legislacyjne. Ta praca pozwala nam wrócić do normalności, zajmuje głowę. Przekuwamy naszą tragedię w coś dobrego dla innych. Udało nam się nawet odnaleźć osoby, które zaginęły.
Stąd wziął się projekt kampanii "Gdzie Jesteś?"
Daniel: Tak. Przede wszystkim chcemy uświadomić społeczeństwu, że zaginięcie może zdarzyć się w każdej rodzinie. Trzeba być uważnym, nie tylko na swoje dzieci, ale też na drugiego człowieka, żeby spróbować złapać moment, w którym pojawia się impuls do zniknięcia. A takim impulsem mogą być treści, które czyta się w internecie, może nim być nim też samotność, bo dzięki temu, że "jesteś non-stop online, to nie jesteś offline".
Agnieszka: Właśnie o tym mówimy w kampanii. Gdy znika dziecko, gubi się cała rodzina. My też poczuliśmy się zagubieni. Krzysiek był dla nas całym światem. Mówiliśmy, że takie rodziny potrzebują systemowego wsparcia, lepszej współpracy z policją i dostępu do informacji. Policja wszczyna procedury tylko sobie znane. My dostajemy informacje ogólne od policji: "poszukujemy, używamy wszystkich sił, zasobów i środków". Nie otrzymujemy jakichś informacji, które w naszej ocenie jako rodzice nieletniego dziecka powinniśmy otrzymać. Kampania powstała na bazie naszego doświadczenia, ale i innych rodzin, mierzących się z tym zjawiskiem. Złożyliśmy nawet postulaty rodzin osób zaginionych na ręce marszałka Hołowni.
W Polsce problem zaginięć jest duży?
Daniel: Ponad dwa tysiące dzieci rocznie znika. Większość się odnajduje, ale są takie, których nie odnaleziono od lat. To pokazuje, że w naszym systemie da się zniknąć bez śladu. Nie ma instytucji państwowej, która byłaby w stanie zamknąć taką sprawę. Jednocześnie zderzamy się z problemami biurokratycznymi.
Jakimi?
Agnieszka: Na przykład trzeba wycofać dokumenty ze szkoły. To spada na barki rodziców, bo instytucje chyba nie mają takich procedur. Gdy Krzysiek skończył 18 lat, dostaliśmy telefon, że przyjdzie wezwanie na komisję wojskową. Takie sytuacje dodatkowo obciążają rodzinę. To powinno być rozwiązane systemowo. Policja w momencie zaginięcia powinna powiadomić Urząd Stanu Cywilnego.
Co może być przyczyną zniknięcia?
Daniel: Z rozmów z innymi rodzinami wiemy, że może to być hejt, bullying w szkole, kłopoty z nauką, brak akceptacji ze strony rówieśników, problemy w rodzinie. Często zniknięcie kończy się niestety samobójstwem. W Polsce średnio co drugi dzień ktoś odbiera sobie życie. Powodów jest mnóstwo. W 2025 r. odnotowano 161 samobójstw właśnie w grupie wiekowej do 18 lat, a samych prób samobójczych było blisko 2000. Nie pomaga nam w tym technologia, nie pomaga nam w tym AI, nie pomagają nam media społecznościowe, na co już od dawna wskazujemy i zwracamy uwagę.
Agnieszka: Jako rodzice Krzyśka zdecydowaliśmy się mówić o tym głośno, bo rodzina w takiej sytuacji czuje się winna, stygmatyzowana, naraża się na hejt. My też się z tym spotkaliśmy, co jest dla nas kompletnie niezrozumiałe, bo prosiliśmy o pomoc w odnalezieniu naszego syna… Jednak chcę podkreślić, że w większości spotykamy się ze wsparciem i empatią. Bardzo za to dziękujemy.
Problem mediów społecznościowych da się rozwiązać?
Daniel: Jestem przeciwnikiem zabierania ludziom dostępu do technologii. Uważam, że wielkie koncerny technologiczne, które mają miliardy dolarów, powinny ponosić odpowiedzialność za treści, które dostarczają naszej młodzieży. Jeżeli ich algorytmy podsuwają dziecku informacje, jak się samookaleczyć, to nie jest błąd, tylko coś, za co powinni płacić ogromne kary. A te pieniądze powinny być przeznaczone na profilaktykę, leczenie i edukację dzieci w Polsce.
Do Państwa zgłasza się wiele rodzin z prośbą o pomoc?
Agnieszka: Tak. Zwracają się o pomoc w poszukiwaniach, wsparcie psychologiczne, o wskazówki. Wiedzą, że my wiemy, co oni czują. Nie wstydzą się z nami rozmawiać, bo my czujemy to samo. Wstyd to pierwsze uczucie, które się pojawia. Wstyd, że nas to spotkało. Rodziny czują się wykluczone, napiętnowane. Kiedy chcą opowiedzieć swoją historię, od razu są oceniane. Dlatego często nie chcą o tym mówić publicznie. My staramy się być ambasadorami ich głosu.
Pan osobiście poszukuje syna, pływając po Wiśle.
Daniel: Tak. Ostatni ślad Krzyśka był na moście Gdańskim. To dla nas obszar zamknięty, trudny do sprawdzenia, ale wciąż do ogarnięcia. Gdyby poszedł w Polskę czy Europę, nie mielibyśmy żadnych możliwości. Pływam po Wiśle, bo to daje nam nadzieję. Podczas tych poszukiwań odnaleźliśmy już kilka innych zaginionych osób. To pokazuje, że jeśli ktoś jest w wodzie, da się go odnaleźć.
Jak Pan sobie z tym radzi, gdy znajduje Pan ciało w rzece?
Daniel: W takim momencie czuję wokół ogromny spokój, jakby cały wszechświat się zatrzymał. Podchodzę do takiej osoby z wielkim szacunkiem, bo stało za nią jej piękne życie. To nie jest przerażające. Mam odczucie, jakbym komuś po prostu pomagał.
Na temat poszukiwań Krzysztofa został stworzony film dokumentalny.
Daniel: Tak, powstał taki film. Ale to nie jest film tylko o poszukiwaniach Krzysztofa. To film o miłości, która nie pozwala zapomnieć i o ojcu zdeterminowanym, by spróbować odszukać swoje dziecko. Zgadzając się, by nas pokazano w tym filmie, chcieliśmy być może uratować jakieś życie, zadać pytania o bliskość, uważność, pobudzić do myślenia. Zrzekliśmy się pieniędzy. Film zdobywa nagrody. Pojawił się na wielu międzynarodowych festiwalach. Sprawa Krzyśka jest pokazywana szeroko i może, jeśli żyje, kiedyś ktoś go rozpozna. To też jedna z dróg do poszukiwań dla nas.
Agnieszka: Tam jest pokazany ogromny wysiłek mojego męża. To syzyfowa praca na tym akwenie. Udało się znaleźć kilka osób i to też daje nam nadzieję. Bardzo byśmy chcieli, żeby każdy mógł zobaczyć ten film i zrozumieć, dlaczego zdecydowaliśmy się wziąć w nim udział. Żeby każdy mógł poczuć, jak się czuje rodzina, która nie wie, co się dzieje z jej dzieckiem. W filmie jest pokazana też inna rodzina. Jest zaginięcie i odnalezienie. Pokazujemy, jakie uczucia towarzyszą, gdy nie możemy znaleźć odpowiedzi, co stało się z dzieckiem. Bo dziś Krzysztof, przy założeniu, że żyje, jest pełnoletni. Natomiast chcielibyśmy dostać po prostu informację, że żyje.
Jak będzie wyglądała trzecia rocznica zaginięcia, 27 maja?
Agnieszka: Nie obchodzimy rocznicy zaginięcia syna. Tak się złożyło, że akurat będziemy w Sejmie, w ramach Zespołu parlamentarnego do spraw zaginięć, dyskutować z ekspertami o tym, co można zrobić dla młodzieży, żeby nie znikała. Wszystko pod hasłem naszej kampanii: "Gdzie jesteś? Gdziekolwiek jesteś, nie jesteś sam".
A czy odwiedzają Państwo jego ulubione miejsca?
Agnieszka: Jesteśmy w tych miejscach często, bo przebywamy w Warszawie, ale nie kreujemy specjalnych momentów. Krzysiek jest w naszych sercach cały czas, tak jakby był z nami. Fizycznie go nie ma i musieliśmy się nauczyć z tym żyć. Teraz pisałby maturę, mamy kontakt z jego przyjaciółmi.
Dobrze się uczył?
Agnieszka: Tak, dobrze. Był uzdolniony w wielu obszarach. Lubił historię i zdecydował, że pójdzie w liceum do klasy o profilu humanistycznym. Później zdecydował jednak, że chce być lekarzem. Poszedł do klasy o profilu biologiczno-chemicznym, sam załatwił sobie przeniesienie. Był bardzo samodzielny, zaradny. Mieliśmy z nim świetne relacje. Bardzo lubił politykę, oglądał obrady Sejmu. Dużo czytał.
Miał już obrany kierunek na medycynie?
Daniel: Powiedział tylko, że nie chce być ratownikiem medycznym.
Dopuszczają Państwo myśl, że Krzysztof nigdy się nie odnajdzie?
Agnieszka: Niestety, musimy. Dzisiaj już po trzech latach potrzebujemy cudu. Nawet jeśli chodzi o jego rzeczy. Jeżeli Krzysztof utonął, to żeby znaleźć buta, czy bluzę, czy cokolwiek, co mogło jeszcze zostać, to potrzebujemy cudu.
Mateusz Kaluga, dziennikarz o2.pl