USA na skraju wojny domowej? "Nie można wykluczyć żadnego scenariusza"
Starcie stanowej Gwardii Narodowej z federalnymi agentami ICE i żołnierzami może być zalążkiem amerykańskiej wojny domowej, alarmują twórcy symulacji z Uniwersytetu Pensylwanii. - Nie można wykluczyć żadnego scenariusza, ale strony konfliktu powoli zdają sobie sprawę, że konieczna jest deeskalacja - mówi o2.pl amerykanista dr hab. Krzysztof Wasilewski.
- Po zastrzeleniu pielęgniarza Alexa Prettiego w Minnesocie dochodzi do regularnych protestów. Na miejscu działa już 2 tys. funkcjonariuszy ICE. Pentagon wysyła 1,5 tys. żołnierzy regularnej armii USA.
- W odpowiedzi gubernator Minnesoty Tim Walz grozi mobilizacją stanowej Gwardii Narodowej w celu obrony ludności cywilnej.
- Starcie gwardzistów z żołnierzami przypomina symulację, którą w 2024 roku przeprowadzono na Uniwersytecie Pensylwanii. Dotyczyła ona wybuchu wojny domowej w USA.
- Scenariusz tzw. civil war przypomina aktualną sytuację polityczną w USA. Autorka symulacji, Claire Finkelstein pisze w "The Guardian", że istnieje groźba starcia Gwardii Narodowej z podległą Trumpowi armią.
- Amerykanista dr hab. Krzysztof Wasilewski z Politechniki Koszalińskiej mówi w rozmowie z o2.pl, że ryzyko wybuchu wojny domowej w USA nie jest jeszcze wysokie. Nie wyklucza jednak żadnego scenariusza.
W 2024 roku Uniwersytet Pensylwanii przygotował możliwy scenariusz wojny domowej w USA (analizując fabułę filmu "Civil War", który opowiada o wewnętrznym konflikcie w Stanach Zjednoczonych). Z symulacji wynika, że zalążkiem wojny byłoby starcie stanowej Gwardii Narodowej z amerykańskim, regularnym wojskiem.
Według "The Guardian" scenariusz ten może ziścić się na naszych oczach. Gubernator Minnesoty Tim Walz chce zmobilizować 13 tys. gwardzistów. Z kolei Pentagon wysyła na pomoc agentom ICE 1500 żołnierzy 11. Dywizji Powietrznodesantowej. Dr hab. Krzysztof Wasilewski podkreśla, że strony konfliktu muszą się opamiętać. Jak mówi, chociaż daleko na razie do otwartej wojny to "nie można wykluczyć żadnego scenariusza".
Marcin Lewicki: W 2024 roku Uniwersytet Pensylwanii opracował scenariusz wojny domowej w USA. Początek symulacji pokrywa się z bieżącą sytuacją polityczną w Minnesocie. Czy Stanom Zjednoczonym grozi konflikt na skalę np. wojny domowej?
Dr hab. Krzysztof Wasilewski, amerykanista, Politechnika Koszalińska: Nie szedłbym tak daleko. USA miały już do czynienia z wojną domową w drugiej połowie XIX wieku i to scenariusz ostateczny. To na razie konflikt między zwolennikami Donalda Trumpa i jego przeciwnikami. Ruch MAGA to nie jest całe społeczeństwo, a nawet nie część o poglądach konserwatywnych.
Oczywiście, nie można wykluczyć żadnego scenariusza, ale strony konfliktu powoli zdają sobie sprawę, że konieczna jest deeskalacja. Inaczej Amerykanie nie unikną dalszych ofiar i polaryzacji, a USA jest już teraz mocno podzielone. Rozkład głosów dotyczących kontrowersyjnych decyzji Donalda Trumpa jest połowiczny, a obywatele USA żyją w dwóch różnych światach. Pierwszy kreowany jest przez rząd federalny i prezydenta, drugi świat to ten, który widzimy na własne oczy.
Jeżeli jednak Trump lub jego ludzie myślą o deeskalacji, to po co Pentagon wysyła 1500 żołnierzy do Minnesoty na pomoc funkcjonariuszom ICE?
To zdecydowanie pokaz siły Trumpa i jego zwolenników, którzy szli do wyborów z hasłem wzmocnienia roli prezydenta. Konserwatyści chcą tak rozszerzyć jego kompetencje, aby praktycznie jednoosobowo mógł zarządzać polityką wewnętrzną i zagraniczną. Trump chce pokazać swoim wyborcom, że jest zdecydowany, silny i konsekwentny.
Trump pokazuje swoją siłę tam, gdzie przeciwnik jest słabszy, gdzie nie spotka się z wielkim oporem. Dlatego wysyła żołnierzy i napuszcza służby imigracyjne na obywateli Minnesoty i innych stanów. Do deeskalacji będzie musiało jednak prędzej czy później dojść. Na razie Donald Trump wezwał przez media społecznościowe władze stanowe do porozumienia. Oczywiście, zrobił to w swoim stylu, więc to wezwanie nie brzmiało jako zaproszenie, tylko jak rozkaz.
Z drugiej strony mamy mobilizację stanowej Gwardii Narodowej. Claire Finkelstein pisze w "The Guardian", że istnieje ryzyko starć agentów ICE i żołnierzy wysłanych przez Trumpa z Gwardią Narodową w Minnesocie. Czy istnieje realne ryzyko, że może dojść do starć lub incydentów?
Nie jest to oczywiście wykluczone. Dochodziło już do incydentów, również w Minneapolis między np. policją i ICE. Z jednej strony mamy wykwalifikowanych i wyedukowanych funkcjonariuszy, którzy są doświadczeni i znają się na obowiązkach, a z drugiej agentów ICE, z których wielu przez przypadek trafiło do tej służby, a uzyskało bardzo szerokie kompetencje. Wyobraźmy sobie, że Ruch Obrony Granic w Polsce otrzymuje takie możliwości jak ICE. To obrazowe pokazanie tematu. Z kolei prawo amerykańskie daje prezydentowi możliwość przejęcia Gwardii Narodowej od rządu stanowego.
Dziwi mnie natomiast fakt zmiany optyki Republikanów. To zazwyczaj ta partia broniła władz stanowych przed rządem federalnym. Zgodnie z ich planem rząd miał prowadzić politykę zagraniczną i obronną, a stany miały mieć większość wewnętrznych kompetencji. Teraz jest odwrotnie.
Obywatele chcą ukarania agentów, którzy zastrzelili Alexa Prettiego. Trump konsekwentnie będzie bronił swoich funkcjonariuszy?
Zdecydowanie. Rząd federalny broni funkcjonariuszy ICE i kreuje rzeczywistość zupełnie odmienną od tego, co widać na nagraniach. Elastycznie do tego podchodzą też wyborcy Trumpa. Większość zwolenników Donalda Trumpa to zwolennicy drugiej poprawki, mówiącej o prawie do broni. Natomiast teraz zwolennicy prezydenta usprawiedliwiają interwencję tym, że Alex Pretti, który został zastrzelony w sobotę, miał przy sobie broń. Ta baza wyborcza jest dość mobilna jeśli chodzi o elastyczność poglądów i tak naprawdę to, jaki przekaz wyjdzie z rządu federalnego, jest bezkrytycznie akceptowany przez wyborców.
A co jeżeli amerykańskie wojsko otrzyma np. rozkaz pacyfikacji Gwardii Narodowej lub protestujących? Czy żołnierze mogą, a nawet powinni odmówić wykonania takiego rozkazu?
Przede wszystkim amerykańska konstytucja dokładnie opisuje przypadki, w których wojsko może być użyte na terenie kraju. Oczywiście, nie ogranicza to faktycznie Donalda Trumpa, który już raz "zrobił wyjątek" i wysłał żołnierzy na granicę z Meksykiem. Budzi wątpliwości, czy miał takie prawo. Nic nie powstrzyma go przed ewentualnym wysłaniem i użyciem żołnierzy w Minnesocie. On - jak sam przyznał - odpowiada tylko przed sobą i swoim sumieniem.
Ewentualny rozkaz do ataku byłby jednak bardzo trudną sytuacją. Scenariuszy jest kilka. Rząd federalny mógłby, jak wcześniej wspomniałem, przejąć Gwardię Narodową i zablokować jej wykorzystanie przez władze stanowe. Rząd stanowy mógłby w odpowiedzi wykorzystać policję i inne służby, w pełni uzbrojone i przygotowane do walki. Natomiast ja mam nadzieję, że dojdzie do ostudzenia emocji.
W jakim kierunku idą w takim razie Stany Zjednoczone?
Nie chcę mówić o wspomnianej wojnie domowej, bo to zbyt daleko idący scenariusz. Natomiast jeżeli doszłoby do jakiejś eskalacji, do kolejnych brutalnych zatrzymań czy nawet zabójstw protestujących, różne rzeczy mogą się wydarzyć. Stany Zjednoczone już mierzyły się z problemem przemocy ze strony służb, czy to federalnych, czy stanowych. Mają czarną historię walki z osobami dążącymi do równouprawnienia rasowego. Teraz też narracja skupia się wokół nielegalnych migrantów, ale też osób, które nie wpisują się w obraz białego Amerykanina. Dotychczas jednak USA sobie z tymi kryzysami radziły.
Owszem, rząd federalny wchodzi brutalnie w stanową rzeczywistość, jednak Amerykanie mają cechę, która chroni ich przed eskalacją. Jeśli dojdą na krawędź przepaści, to jednak potrafią się cofnąć. I myślę, że w tym przypadku może być podobnie.
Tylko chyba pierwszy raz mamy w USA problem policji politycznej, jak nazywane jest ICE?
Rzeczywiście, funkcjonariusze ICE to pretorianie Trumpa, jego gwardia przyboczna z szerokimi uprawnieniami do m.in. bardzo brutalnych działań. Rząd broni funkcjonariuszy jak może. Kreuje pod nich inną rzeczywistość. Sekretarz bezpieczeństwa krajowego Stanów Zjednoczonych Kristi Noem stwierdziła, że Pretti zagroził agentom. To krytyczne, prowadzi do ogromnego niepokoju społecznego i eskalacji konfliktu.
Wcześniejsze nadużycie siły funkcjonariuszy spotkały się z uczciwymi procesami i podlegały pod osąd społeczny. Tym razem władza wydała pozwolenie na wykorzystanie siły. Funkcjonariusze ICE nie zostali nawet zawieszeni. Skala tych półprawd i fałszerstw Trumpa i jego ekipy budzi zdziwienie, niepokój i na pewno może prowadzić do zaognienia konfliktu.
Siła to jedno, a decyzje polityczne to drugie. Np. Kalifornia ogłosiła, że chce - wbrew Trumpowi - pozostać w WHO. Czy to wszystko, agresja, brutalność służb, podział społeczny może np. doprowadzić do defederalizacji Stanów Zjednoczonych?
Władze stanowe mają bardzo duże kompetencje, a konflikt między stanami i rządem federalnym to nic nowego. Kalifornia nie ma podmiotowości państwowej i nie jest w stanie być członkiem rzeczywistym WHO. Może mieć tam np. formę obserwatora. Jednak będzie to tylko jeden z wielu elementów, gdzie stany będą ścierać się z prezydentem. Z kolei Donaldowi Trumpowi zależy na zaatakowaniu tych stanów, które są prowadzone przez gubernatorów z Partii Demokratycznej. Będzie chciał pokazać, że tam, gdzie rządzą republikanie jest spokój, a tam, gdzie demokraci, dochodzi do konfliktów. To jednak nadal - mam nadzieję - wyłącznie element brutalnej, ale jednak polityki, a nie np. zalążków wojny domowej.
Rozmawiał Marcin Lewicki, dziennikarz o2.pl