Jak w czasach PRL-u dbano o odporność?
W czasach PRL nie było miejsca na słabość i choroby, ale nawet wtedy "nie znało się dnia ani godziny". Jednak gdy już coś "brało", nie wykupowało się połowy apteki, tylko czekało się aż przejdzie. Mimo to infekcje często miały krótszy przebieg, a powrót do formy następował o wiele szybciej niż dziś. Jak więc wtedy dbano o odporność?
W PRL nie rozmawiało się o odporności, bo nie było czasu jej omawiać. Była dobra albo jeszcze lepsza. Brakowało produktów specjalistycznych, a wiedza medyczna docierała do domów w ograniczonym zakresie, często modyfikowana przez osoby ją powtarzające. Mimo to wiele osób wspomina, że choroby sezonowe pojawiały się rzadziej albo przebiegały łagodniej. Dziś tamte czasy mocno ciekawią, a temat odporności jeszcze bardziej. Warto przyjrzeć się temu, jak naprawdę wyglądało dbanie o organizm w tamtych realiach i którymi elementami warto się zainspirować.
Kiedyś odporność się miało, dzisiaj o niej się mówi
W czasach PRL odporność nie była elementem zdrowia do poprawy. Była efektem życia pełnego rutyny, cięższej pracy fizycznej i ograniczonego wyboru. Jedzenie miało nasycać, dawać energię i utrzymywać sprawność przez cały dzień pracy. Posiłki pojawiały się o stałych porach, często były ciepłe i proste, a przerwy między nimi ustabilizowane. Sen też był znacznie lepszy, bo oglądanie telewizji przed snem i bawienie się telefonem nie miało miejsca. Człowiek jak kładł się do łóżka, to szedł spać, nic więcej. Ludzie spędzali dużo czasu na powietrzu, niezależnie od pogody. Sąsiadki siedziały na ławeczkach, dzieci biegały za piłką, a mężczyźni dyskutowali przy trzepakach. Nikt nie zastanawiał się nad wspieraniem odporności wprost. Organizm adaptował się do warunków, bo stabilność i regularność były wpisane w codzienność, a nie traktowane jak element dbania zdrowotnego, o którym trzeba non stop przypominać.
Kiszonki i fermentacja to było coś
Kiszone ogórki i kapusta znajdowały się na stołach, a nie na listach "produktów prozdrowotnych". Kapusta kiszona, ogórki kiszone oraz domowe zakwasy spożywano regularnie, ponieważ wynikało to z dostępności warzyw i potrzeby ich przechowywania przez dłuższy czas. Fermentacja, czyli proces zachodzący przy udziale bakterii mlekowych, zmienia smak i strukturę produktów, a przy okazji wpływa na ich trwałość. Obecnie takie jedzenie często pojawia się w poradnikach dotyczących mikrobioty jelitowej oraz pracy układu odpornościowego, choć w tamtych realiach nikt nie opisywał tego w ten sposób. Często mówi się, że kiszonki wzmacniały organizm, ale warto pamiętać, że były po prostu codziennym dodatkiem do posiłków, a nie celowym działaniem zdrowotnym.
Tłuszcz, ciepło i kalorie na co dzień
Tłuszcz, ciepło i kalorie były codziennym fundamentem jedzenia, a nie tematem do analizowania. Smalec, masło oraz tłuste wywary pojawiały się regularnie, ponieważ dawały energię i dbały o komfort termiczny. Posiłki musiały sycić na długo, tym bardziej przy pracy fizycznej oraz ograniczonym dostępie do przekąsek. Zupy gotowane na kościach, kapuśniaki i gęste krupniki dostarczały energię w łatwozjadalnej formie oraz podnosiły temperaturę ciała. Obecnie takie podejście jest różnie oceniane, ale w tamtych czasach odpowiadało warunkom klimatycznym i stylowi życia. Często mówi się, że taka kaloryczna kuchnia była ciężka, jednak wiele osób funkcjonowało na niej stabilnie, bez ciągłych wahań energii w ciągu dnia.
Ciepłe posiłki, zupy i spokojny harmonogram dnia
Ciepłe posiłki, zupy i spokojny harmonogram dnia naturalnie wpisywał się w codzienność. Obiad rzadko był przypadkowy i zwykle pojawiał się o podobnej porze, co porządkowało przebieg całego dnia. Zupy nie były na pierwsze danie, tylko tak się je "konstruowało", aby stawały się pełnowartościowym posiłkiem, łatwym do przygotowania dla całej rodziny. Jedzenie wiązało się też z przerwą, chwilą odpoczynku oraz konkretnym oddzieleniem pracy od posiłku. Aktualnie taki system jedzenia często łączy się z lepszą regulacją trawienia i większym odczuciem najedzenia, choć w tamtym czasie nikt nie opisywał tego językiem fizjologii. Po prostu tak było i już. Regularność, ciepło jedzenia i brak pośpiechu tworzyło stabilne podłoże dla funkcjonowania organizmu.
Hartowanie organizmu, ale nie celowe
W tamtych czasach organizm hartowało się poprzez codzienne warunki życia, a nie rozpiskę planu zdrowotnego. Spacery odbywały się niezależnie od pogody, dzieci bawiły się na zewnątrz przez większą część dnia, a mieszkania rzadko były przegrzewane. Kontakt z chłodem, zmienną temperaturą oraz świeżym powietrzem był stałym elementem dnia. Wiele osób wspomina też krótsze kąpiele i brak długiego przesiadywania w bardzo ciepłej wodzie. Obecnie takie zachowania są formą adaptacji organizmu do otoczenia, choć dowody naukowe w tym obszarze nie są jednoznaczne. Jednak wiele osób odczuwało większą odporność na zmiany pogody, mimo że nauka nie potwierdza tego wprost.
Sen, rutyna i mniejsza stymulacja
Sen, rutyna i mniejsza stymulacja to elementy, które były naturalną częścią dnia, nawet jeśli nikt nie postrzegał ich jak sposobu dbania o zdrowie. Wieczory przebiegały spokojniej, bez intensywnego światła i ciągłych rozpraszaczy, a dzień zwykle kończył się o podobnej porze. Stałe godziny snu wynikały z rytmu pracy oraz z ograniczonych form rozrywki. Organizm miał czas na wyciszenie, a noc była odczuwalnie oddzielona od aktywności dziennej. Obecnie sen jest łączony z regeneracją i funkcjonowaniem układu odpornościowego, choć w tamtym czasie nikt nie patrzył na to w ten sposób. Mniejsza liczba rozpraszaczy, rutyna dnia i regularny odpoczynek tworzyły stabilne warunki dla organizmu.
Czego w tym podejściu brakowało
To czego wtedy brakowało, widać dopiero z dzisiejszej perspektywy. Dieta była monotonna i sezonowa, więc łatwo dochodziło do niedoborów witaminy D, jodu oraz części mikroelementów. Dostęp do świeżych owoców zimą był ograniczony, a wiedza o ich mocy w organizmie była niewielka. Profilaktyka zdrowotna miała wąski zakres, a badania wykonywano rzadko i zwykle dopiero przy zauważalnych objawach. Brakowało też indywidualnego podejścia, bo ten sam sposób jedzenia obowiązywał wszystkich niezależnie od wieku i stanu zdrowia. Wiele osób funkcjonowało poprawnie, ale problemy ujawniały się z czasem, zazwyczaj dopiero po latach.
Dbano o odporność bez planów i strategii, głównie poprzez rutynę dnia, prostą kuchnię i powtarzalność nawyków. PRL nie oferował wzorców do naśladowania, tylko warunki do przetrwania. Część rozwiązań broni się do dziś, inne były wyłącznie efektem braku wyboru. To różnica, którą warto jasno oddzielić i zainspirować się elementami, które będą dla nas dobre, a nie wszystkie takie są