Ekstremalne mrozy w Polsce. Uderzyły w grabarzy. "To już kucie"
Gdy temperatura spada poniżej minus 20 stopni Celsjusza, praca na cmentarzu staje się wyjątkowo wymagająca. Jak podaje "Super Express Białystok", grabarze z Podlasia w czasie silnych mrozów muszą dosłownie walczyć z zamarzniętą ziemią, która twardnieje jak kamień.
Bartosz Romańczuk (32 l.) i Łukasz Ciesiuński (40 l.), od lat pracujący na jednej z białostockich nekropolii, przyznają, że zimą ich obowiązki wyglądają zupełnie inaczej niż w pozostałych porach roku.
Ziemia jest zamarznięta na ponad metr w głąb. To już nie kopanie, to kucie – mówią w rozmowie cytowanej przez "Super Express Białystok".
Siedem godzin zamiast dwóch
Podczas siarczystych mrozów tradycyjne narzędzia okazują się niewystarczające. Grabarze sięgają po agregat i specjalistyczny młot, aby w ogóle przebić się przez zlodowaciałą warstwę gruntu. Nawet wtedy każdy fragment ziemi wymaga ogromnego wysiłku.
Zwykle wykopanie grobu zajmuje około dwóch godzin. Jednak przy głębokim przemarznięciu podłoża czas pracy potrafi wydłużyć się kilkukrotnie. – Zwykle kopanie grobu zajmuje nam około dwóch godzin. Wtedy męczyliśmy się aż siedem! – wspominają.
Jak opisuje "Super Express Białystok", zdarza się, że lód sięga nawet półtora metra w głąb ziemi. W takich warunkach stalowe łomy wyginają się pod naporem, a ręce szybko tracą czucie mimo grubych rękawic.
Cmentarz bez miejsca na sprzęt
Dodatkowym utrudnieniem jest charakter nekropolii, na której pracują. To stary cmentarz, założony jeszcze w czasach carskich. Wąskie alejki i blisko ustawione nagrobki wykluczają możliwość użycia ciężkiego sprzętu.
Wszystko musimy robić ręcznie – podkreślają grabarze. – Zostają nam tylko elektryczny młot, łomy, łopaty i własne ręce.
Choć zdarzają się dni z nieco wyższą temperaturą, gdy praca przebiega sprawniej, tej zimy to raczej wyjątek niż reguła.
Pogrzeb nie może czekać
Grabarze zwracają uwagę, że mimo trudnych warunków terminy ceremonii nie mogą być przekładane.
Mówi się, że zmarli mają czas, że są cierpliwi, bo nigdzie się już nie spieszą, a na własny pogrzeb nie sposób się spóźnić. Ale przecież nie możemy kazać rodzinom czekać z pogrzebem – zaznaczają.
Jak podaje "Super Express Białystok", ich praca zimą to nie tylko wysiłek fizyczny, ale także odpowiedzialność za to, by ostatnie pożegnanie mogło odbyć się zgodnie z planem. – Zima nie odpuszcza, ale my też nie – zapewniają.
W czasie gdy większość osób chroni się przed mrozem w domach, oni wykonują swoje obowiązki na otwartej przestrzeni. To praca rzadko widoczna, lecz niezbędna, by możliwe było godne pożegnanie bliskich.