Łukasz Maziewski
Łukasz Maziewski| 
aktualizacja 

Generał nie wytrzymał. "Za to wszystko będą płacić nasze wnuki"

Mariusz Błaszczak snuje plany budowy "najsilniejszej armii lądowej w Europie". Ma być nowoczesna i liczyć 300 tys. żołnierzy. Eksperci są jednak sceptyczni. - Tylko szaleniec może powiedzieć, że armia w czasie pokoju ma liczyć 300 tys. żołnierzy - mówi w rozmowie z o2.pl gen. w st. spocz. Mieczysław Gocuł. - Minister nie odrobił lekcji z podstaw ekonomii i za to wszystko, co dziś tak ochoczo kupuje, będą płacić nie nasze dzieci, ale nasze wnuki - dodaje.

Generał nie wytrzymał. "Za to wszystko będą płacić nasze wnuki"
Mariusz Błaszczak zapowiedział, że Polska będzie miała "najsilniejszą armię lądową" w Europie (PAP, Tomasz Waszczuk)

Oto #TopWP. Przypominamy najlepsze materiały ostatnich miesięcy.

Trzeba przyznać, że na tle poprzednich ekip wzmocnienia armii, które deklaruje MON, są duże. Weźmy pod uwagę tylko te najbardziej medialne zakupy: 366 czołgów Abrams i około tysiąca (!) czołgów K2 z Korei. Blisko 500 wyrzutni HIMARS i tysiące sztuk amunicji oraz 212 armatohaubic K9, też z Korei.

A przecież w tle toczą się i inne działania. W Polsce pojawiają się elementy systemów przeciwlotniczych Wisła i Narew. Mają zapewnić ochronę polskiego nieba, podobnie jak 32 sztuki supernowoczesnych myśliwców V generacji F-35. Wojska lądowe czekają na nowe śmigłowce bojowe - prawdopodobnie AH-64 Apache - a do Brygady Lotnictwa Marynarki Wojennej powoli docierać mają nowe AW-101, służące wykrywaniu/zwalczaniu okrętów podwodnych oraz zadaniom poszukiwawczym i ratunkowym.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Zobacz także: Przełom w polskim wojsku? "Będziemy centrum zbrojeniowym Europy"

"Najsilniejsza armia lądowa w Europie"

Przekaz jest oczywisty: stworzenie mocnej, nowoczesnej armii. Takiego zdania jest zresztą sam minister Błaszczak. W chętnie udzielanych wywiadach prasowych nie szczypie się w język i przekonuje, że Wojsko Polskie ma być jednym z najsilniejszych w Europie. Tak mówił m.in. w rozmowie z tygodnikiem "Sieci".

To będzie najsilniejsza armia lądowa w Europie, liczna, wyposażona w nowoczesną broń. Armia aktywna w NATO, najsilniejszym sojuszu militarnym w historii świata oraz współdziałająca z silnym komponentem amerykańskim na polskiej ziemi - przekonywał minister w rozmowie, która ukazała się w poniedziałek 6 lutego.

Działania toczą się i w innych rodzajach sił zbrojnych. Marynarka Wojenna czeka na fregaty rakietowe z programu "Miecznik", budowane są kolejne niszczyciele min typu Kormoran II. Gorzej z Dywizjonem Okrętów Podwodnych. Ten obecnie złożony jest z 37-letniego, odchodzącego w niebyt ORP Orzeł.

Osobna kwestia to finanse. Łącznie w bieżącym roku do MON ma trafić astronomiczna kwota 137 mld zł. Na nowy sprzęt i uzbrojenie (lwia część tej kwoty przeznaczana jest na wydatki stałe, takie jak pensje, renty czy emerytury) ma zostać przeznaczona jedna piąta całego budżetu - ponad 24 mld zł. Z technicznego punktu widzenia wygląda to dobrze.

Minister Błaszczak snuje też większe plany. Choć zaledwie w 2018 r. powołano do życia czwartą dywizję Wojska Polskiego (18. Dywizja Zmechanizowana), szef MON chce stworzyć kolejną. Piąta dywizja ma być zlokalizowana głównie na ścianie północno-wschodniej. Tyle że do jej utworzenia potrzeba - przy założeniu, że są środki finansowe - przede wszystkim ludzi. A z tymi jest gorzej.

Generał Gocuł wprost: Psucie armii

Cierpko o działaniach i wizjach ministra wypowiada się były szef Sztabu Generalnego, gen. w st. spoczynku Mieczysław Gocuł. Jako były zastępca szefa Zarządu Planowania Operacyjnego i p.o. szefa Zarządu Planowania Strategicznego w Sztabie Generalnym zna problemy trapiące armię i programowanie jej rozwoju.

Dlatego nie szczędzi Błaszczakowi krytyki. W ostrych słowach zarzuca ministrowi manipulację, a nawet naruszanie prawa. Mówi też, że sprawy armii mają się dziś nie lepiej, a wręcz gorzej niż 7 lat temu, kiedy odchodził ze stanowiska Szefa Sztabu Generalnego i rozmawiał o stanie sił zbrojnych z prezydentem Andrzejem Dudą. Już wtedy usłyszał od głowy państwa, że prezydent jest odcinany od wiadomości o faktycznym stanie armii. A jest przecież jej formalnym zwierzchnikiem.

Psucie armii następuje z każdym ruchem ministra. Minister sam narusza prawo, nie wydając dokumentów albo wydając je z dwuletnim opóźnieniem. Kugluje pojęciem pilnej potrzeby operacyjnej albo wręcz publicznie kłamie. Co z tego, że kupujemy starocie, jeśli będą one dobre na defiladę, żeby pokazać, że politycy dbają o armię? - mówi gen. Gocuł w rozmowie z o2.pl.

Z rezerwą odnosi się do ogromnych zakupów MON, przekonując, że "ruszenie z torbą czeków na okaziciela" nic nie znaczy. W ocenie byłego szefa SG minister mija się z prawdą. I przypomina, że największym dobrem armii jest żołnierz, a nie sprzęt zamknięty w garażu.

K9 i Abramsy też stały w garażach, a trafiły do Polski jako nowe, co dowodzi, że minister Błaszczak wprost mijał się z prawdą, zapewniając o zakupach nowego sprzętu. Wracając jednak do ludzi - z wojska odeszło w tym i ubiegłym roku około łącznie 20 tys. żołnierzy. Z wojsk operacyjnych i WOT. Mamy coraz starszych szeregowych, za chwilę będziemy mieli 50- i 60-letnich szeregowych. Dodatki dla oficerów mające powstrzymać ich przed odchodzeniem z armii też z czasem doprowadzą do problemów, bo będą blokowały awanse dla młodszych wojskowych. Nie mówiąc już o obniżeniu wymogu dla żołnierzy OT. Jesteśmy na takim etapie, że niedługo będą tam trafiać żołnierze bez rąk lub nóg - mówi generał.

"Sztuka jest sztuka"

W kultowym "Krollu" w reżyserii Władysława Pasikowskiego pada nieśmiertelny cytat "sztuka jest sztuka". Dotyczy to liczebności żołnierzy. Stan musi się zgadzać, nieważne, czy co do nazwiska, doświadczenia czy umiejętności. A liczebnością wojska minister Błaszczak chętnie się chwali, przekonując, że za jego czasów jest lepiej niż kiedykolwiek. W styczniu przytaczał dane, z których wynika, że pod koniec 2022 roku w Wojsku Polskim służyło 164 tys. żołnierzy, podczas gdy w 2015 roku liczba ta wynosiła 95 tys.

Trwa ładowanie wpisu:twitter

Jest jednak pewien problem. Dziennikarz Mariusz Cielma tłumaczył w rozmowie z portalem gazeta.pl, że MON do danych liczbowych podchodzi dość frywolnie. Chętnie np. wlicza do stanu sił zbrojnych z 2022 r. 35 tys. żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. Tego samego nie zrobił jednak z żołnierzami Narodowych Sił Rezerwy, których w 2015 r. było kilkanaście tysięcy. Do tego za ubiegły rok doliczono żołnierzy wojskowych służb specjalnych i podchorążych, którzy wtedy, jako studenci szkół wojskowych, nie byli zaliczani w poczet żołnierzy zawodowych.

300 tys. żołnierzy? "To wszystko jest PR"

Nawet jeśli jednak wzrost jest, to nie tak duży, by tworzyć liczącą 300 tys. żołnierzy armię. Zapytany o to gen. Gocuł irytuje się i zaczyna otwarcie szydzić z planów MON. Wprost zarzuca Błaszczakowi PR-owskie zagrywki i odsyła ministra do szkoły. Ponownie krytykuje też rozdęte zakupy obecnego wicepremiera.

Tylko szaleniec może powiedzieć, że armia w czasie pokoju ma liczyć 300 tys. żołnierzy. Utrzymywanie w ramach pokoju 300 tys. żołnierzy? Życzyłbym sobie, aby na czas wojny było ich w takim razie 600 tys.! To wszystko jest PR. Minister nie odrobił lekcji z podstaw ekonomii i za to wszystko, co dziś tak ochoczo kupuje, będą płacić nie nasze dzieci, ale nasze wnuki. Ostatnią ratę za F-16, pięć miliardów złotych, zapłaciliśmy w 2015 r. Jeśli minister chce tworzyć armię 300-tysięczną, to czemu robi to kosztem polskiego przemysłu obronnego? - mówi Gocuł.

Jako przykład podaje zakup armatohaubic K9, mających z czasem zastąpić - sprawdzone w Ukrainie - polskie Kraby, produkowane przez Hutę Stalowa Wola (HSW). Gdybyśmy, jak mówi, chcieli zwiększyć moce produkcyjne HSW i produkować więcej Krabów, to należałoby zakupić choćby więcej wież od Brytyjczyków. Ale za to trzeba byłoby płacić gotówką. Łatwiej jest więc, w myśl słów gen. Gocuła, polecieć do Korei i kupić ogrom sprzętu na kredyt, którego spłata będzie może i odroczona, ale też obciążona odsetkami, jak każdego kredytu.

Dlatego mówię, że minister opowiada dyrdymały albo wprost kłamie, a tempo niszczenia armii przybiera na sile. Aby to zrozumieć, trzeba widzieć więcej niż kolorowe obrazki z podpisywania umowy czy gospodarskie wizyty szefa MON, zapowiadające rozwój i odbudowę jednostek. Bo dzisiaj minister Błaszczak jeździ i rozdaje granty wyborcze, a jego ugrupowanie zachowuje się, jakby budowało kampanię wyborczą w oparciu o bezpieczeństwo kraju - dodaje generał.

Zerwać z niemożnością

Dziennikarz wojskowy i analityk "Polityki Insight" Marek Świerczyński jest bardziej zachowawczy w słowach. W rozmowie z o2.pl mówi, że działania MON postrzega jako formę wyjścia z impasu, w jakim od lat znajdowały się siły zbrojne. Dostrzega także potrzebę zmian. Nie tylko w armii - w całym myśleniu o bezpieczeństwie militarnym.

Efekt końcowy zależy od stopnia determinacji polityków oraz wielu innych składowych, takich jak demografia czy nakłady finansowe. Obecne działania MON odbieram jako pewien rodzaj zakładu z rzeczywistością i tak chętnie przywoływanym przez prezesa PiS imposybilizmem. Rządzący chcą ten imposybilizm przełamać. Tyle że poziom ambicji został postawiony niezwykle wysoko, być może najwyżej w wolnej Polsce. W Europie poza Rosją nie ma armii, która liczyłaby 300 tys. żołnierzy. Być może, gdyby udało się ją utworzyć, to można byłoby mówić o Polsce jako regionalnym supermocarstwie? - mówi o2.pl

Proponowane zmiany czy kształt reform armii ocenia jako sensowne. Z zastrzeżeniem dominacji komponentu lądowego i tym, że postrzeganie bezpieczeństwa powinno uwzględniać także sektor morski, a tego nieco brakuje. Powinno się jednak, jak mówi, ująć w tym nie tylko tradycyjne domeny - lądową, morską i powietrzną - ale też nowe domeny: wojska cybernetyczne i budujące się komponenty np. domeny kosmicznej. Podobnie jednak jak gen. Gocuł zauważa problem "demografii wojskowej".

Ministerstwo, jak mówi, przyjęło nowy trend. Ma on dowodzić, że dobrowolna zasadnicza służba wojskowa jest rozwiązaniem problemu wielkości sił zbrojnych, co nie jest do końca prawdą. Ocenia też, że w maju br. przekonamy się, ile osób, które rozpoczęły dobrowolną służbę wojskową w maju roku ubiegłego, zdecyduje się pozostać w armii, a ilu odejdzie do rezerwy.

Zwiększenie puli rezerwistów jest oczywiście korzystne, ale nie zastąpi stałej zawodowej armii, zwłaszcza rozbudowywanej o dwie nowe dywizje i kto wie, ile brygad np. artylerii. Trzeba nam na to minimum 50 tys. nowych żołnierzy zawodowych i to takich na dłużej, którzy byliby zaczynem mentalnej rewolucji dokonywanej na bazie nowego sprzętu i nowej roli sił zbrojnych - mówi analityk.

Robotyzacja remedium na braki?

Dodaje, że "plastrem" na ranę demograficzną może być autonomizacja pola walki. Czyli wprowadzanie autonomicznych, zrobotyzowanych jednostek i platform: lądowych, latających, jeżdżących i pływających. Podkreśla, że do drzwi sił zbrojnych różnych krajów automatyzacja i robotyzacja puka coraz odważniej.

Widzimy autonomiczne ciężarówki i zrobotyzowane "muły", pomagające już transportować sprzęt i zaopatrzenie żołnierzom, Australijczycy myślą o autonomicznych okrętach podwodnych, wprowadzają niedługo samoloty bezzałogowe towarzyszące F-35. U nas ciągle jednak myśli się głównie o żywych "bagnetach". Nie jestem pewien, czy one się pojawią - kończy Świerczyński.

Łukasz Maziewski, dziennikarz o2.pl

Oceń jakość naszego artykułu:

Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Zobacz także:
Oferty dla Ciebie
Wystąpił problem z wyświetleniem strony Kliknij tutaj, aby wyświetlić