Tak kiedyś konserwowano żywność w Polsce. Mało kto tym wie
Tak kiedyś konserwowano żywność w Polsce. Mało kto tym wie
Sól, dym i kiszonki strzegły polskich spiżarni długo przed tym, zanim na etykietach pojawiły się symbole z literą E. Zobacz, jak w ciągu wieków zmieniało się to, co dawało produktom namiastkę "nieśmiertelności".
Historia przedłużania trwałości jedzenia w Polsce sięga czasów, w których oznaczenia literą E nie były jeszcze w planach. Zanim pojawiły się symbole dodatków do żywności, polskie spiżarnie opierały się na soli, dymie oraz kiszeniu, a tradycja ta przeszła długą drogę zmian. Warto prześledzić, jak zmieniało się podejście do konserwacji i dlaczego dziś znów wracamy do prostych składów.
Sól, czyli najstarszy konserwant
Sól była w dawnej Polsce na wagę złota i kształtowała codzienną kuchnię. Jej działanie konserwujące opiera się na osmozie, czyli procesie wyciągania wody z komórek bakterii. W takiej sytuacji drobnoustroje nie mają warunków do rozwoju. Przy stężeniu około 10-15 procent w produkcie rozwój większości bakterii zostaje zatrzymany, dlatego mocno solone ryby oraz mięso wytrzymywały miesiącami bez chłodzenia. Wydobycie soli w Wieliczce ruszyło w XIII wieku, a kopalnia w Bochni jest jeszcze starsza. Dochody z żup solnych stanowiły sporą część wpływów do skarbu królewskiego. Sama sól nie ma kalorii, jednak jej 5 g zawiera już około 2 g sodu, czyli pełne dzienne zapotrzebowanie dorosłego człowieka. Nadmiar sodu jest dziś głównym zarzutem i winowajcą wysokiego ciśnienia i obciążenia nerek.
Kiszenie to naturalna metoda utrwalania, która zatrzymuje psucie się jedzenia bez użycia syntetycznych dodatków. W procesie tym bakterie z rodzaju Lactobacillus przekształcają cukry zawarte w warzywach w kwas mlekowy, czyli substancję obniżającą pH do około 3,5-4. W takim środowisku bakterie gnilne oraz pleśnie nie mają możliwości do rozwoju. W polskiej tradycji kiszono głównie kapustę oraz ogórki, a dębowe beczki w piwnicach były ratunkiem przed zimowym niedoborem witaminy C. Porcja 100 g kapusty kiszonej zawiera zaledwie około 20 kcal oraz nawet 30 mg witaminy C, a ogórki kiszone mają tylko średnio kilkanaście kcal na 100 g. Ciekawostką jest fakt, że niepasteryzowane kiszonki dostarczają żywe bakterie kwasu mlekowego, które wspierają różnorodność mikroflory jelitowej, a ta z kolei usprawnia wypróżnianie i poprawia pracę układu pokarmowego.
Wędzenie i peklowanie mięsa
Wędzenie polega na poddawaniu mięsa działaniu dymu z drewna liściastego, najczęściej buka, olchy lub wielu drzew owocowych. Dym zawiera fenole oraz aldehydy, czyli związki, które hamują rozwój drobnoustrojów i nadają specyficzny smak oraz brązową barwę. Tradycyjne wędzenie zimne odbywa się w temperaturze 16-22 stopni i trwa nawet kilka dni, a gorące w 60-90 stopniach skraca ten czas do kilku godzin. Peklowanie z kolei polega na nasączeniu mięsa solanką z dodatkiem saletry, czyli azotanu potasu, który w mięsie przekształca się w azotyny. Te z kolei blokują rozwój bakterii odpowiedzialnych za botulizm, czyli zatrucie jadem kiełbasianym. Porcja 100 g tradycyjnej polskiej szynki wędzonej zawiera około 200-250 kcal oraz 18-22 g białka. Jednak sporą wadą jest wysoka zawartość soli oraz powstawanie wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych przy długim wędzeniu w wysokiej temperaturze.
Wiek XIX i pierwsze chemiczne dodatki
Wiek XIX przyniósł ogromne zmiany w produkcji żywności, ponieważ rewolucja przemysłowa wymusiła znalezienie sposobów na utrzymanie świeżości produktów wysyłanych do miast. W tym czasie chemia zaczęła wkraczać do spiżarni, a pierwszym popularnym dodatkiem był kwas salicylowy, używany do konserwowania piwa, mleka oraz przetworów owocowych. W XIX wieku opisano konserwujące działanie kwasu benzoesowego i jego soli, a benzoesan sodu, oznaczany dziś symbolem E211, stał się później jednym z popularniejszych konserwantów. Stwierdzano także przypadki dodawania formaliny do mleka w celu przedłużenia jego trwałości. Uznano to jednak za praktykę szkodliwą i tego zakazano. Na ziemiach polskich pod zaborami brakowało jednolitych regulacji, dlatego fałszowanie żywności było ogromnym problemem. Mleko rozcieńczano wodą, a do masła dodawano łój. Pierwsze stacje sanitarne zaczęły kontrolować takie praktyki dopiero pod koniec wieku.
Międzywojnie i ustawa o dozorze nad artykułami żywności
Międzywojnie przyniosło Polsce pierwsze nowoczesne i jednolite przepisy dotyczące jakości żywności. W 1928 roku rozporządzenie Prezydenta wprowadziło w Polsce państwowy nadzór nad żywnością i produktami codziennego użytku. Dzięki temu kontrola nad tym, co trafiało do sklepów i na stoły Polaków, zyskała oficjalne podstawy prawne. Dokument regulował dopuszczalne dodatki, barwniki oraz konserwanty, a producenci po raz pierwszy musieli stosować się do oficjalnej listy dozwolonych substancji. Nadzór prowadził Państwowy Zakład Higieny powołany w 1918 roku, a inspektorzy mogli pobierać próbki w sklepach oraz fabrykach. Za fałszowanie produktów groziły kary grzywny oraz pozbawienia wolności do 6 miesięcy. Akt ten obowiązywał aż do 1970 roku, więc kształtował polski rynek spożywczy przez ponad cztery dekady.
PRL i ekspansja dodatków do żywności
Okres PRL przyniósł masową produkcję żywności, a dodatki do jedzenia stały się codziennością w polskich sklepach. W przemyśle mięsnym powszechnie stawiano na azotyn sodu, czyli E250, który zastąpił tradycyjną saletrę i działał szybciej oraz pewniej przy zwalczaniu bakterii botulizmu. Do popularnych zup w proszku, kostek rosołowych oraz wędlin trafiał glutaminian sodu, oznaczony jako E621. Substancja ta wzmacnia smak umami i wydobywa pełniejszy aromat z tańszych surowców. W oranżadach, cukierkach oraz galaretkach królowały sztuczne barwniki, między innymi tartrazyna, czyli E102, aktualnie objęta ostrzeżeniem o możliwym wpływie na nadpobudliwość u dzieci. Powodem szerokiego stosowania dodatków były niedobory surowców oraz potrzeba przedłużania trwałości produktów w warunkach słabego transportu chłodniczego. Ciekawostką jest fakt, że receptury kabanosów z lat 50. XX wieku zawierały już peklosól oraz fosforany.
Wejście do Unii i system oznaczeń E
Rok 2004 i wejście Polski do Unii Europejskiej oznaczały ujednolicenie zasad dotyczących dodatków do żywności z resztą państw członkowskich. Polska została objęta zharmonizowanym unijnym systemem oznaczeń, w którym dodatki do żywności mają numery poprzedzone literą E, a ich zastosowanie i limity są określane w przepisach. Numery od E100 do E199 przypisano barwnikom, od E200 do E299 konserwantom, a od E300 do E399 przeciwutleniaczom oraz regulatorom kwasowości. Bezpieczeństwo każdej substancji ocenia Europejski Urząd do spraw Bezpieczeństwa Żywności, czyli EFSA. Instytucja ta wyznacza dopuszczalne dzienne normy żywieniowe określane skrótem ADI, mówiące o ilości substancji, którą można spożywać codziennie przez całe życie bez szkody dla organizmu. Dla benzoesanu sodu wynosi ono 5 mg na kilogram masy ciała, a dla azotynu sodu zaledwie 0,07 mg na kilogram masy ciała.
Historia konserwowania jedzenia w Polsce pokazuje, że potrzeba przedłużania trwałości produktów towarzyszyła ludziom od zawsze; zmieniały się tylko narzędzia. Od soli, dymu i kiszenia, przez pierwsze chemiczne dodatki, aż po precyzyjnie regulowany system oznaczeń E… każda epoka ma własne odpowiedzi na to samo pytanie. Pytanie tylko, co jeszcze przed nami?
BLISKO LUDZI
Newsletter portalu o2.pl, co tydzień, prosto na Twoją skrzynkę.
Najważniejsze informacje przeplatane rozrywką i pozytywnymi newsami. W każdy wtorek, za darmo. Zapisz się i nie przegap!