Klakier Rosji bez sankcji USA? "Pożądany sojusznik"

Stany Zjednoczone przygotowują się do zniesienia sankcji wobec Erytrei - podał Reuters. Afrykańskie państwo to autorytarny reżim, który głosował przeciw rezolucji ONZ potępiającej inwazję Rosji na Ukrainę. Ale ma asa w rękawie. - Rzut oka na mapę pokazuje, że Erytrea jest państwem położonym w strategicznym miejscu - mówi o2.pl dr Wiesław Lizak z Uniwersytetu Warszawskiego.

Mocarstwa rywalizują o wpływy w ErytreiMocarstwa rywalizują o wpływy w Erytrei
Źródło zdjęć: © Getty Images | Bloomberg, Contributor, Planet Observer
Rafał Strzelec
  • To cykl "Blisko Świata", w ramach którego piszemy na o2.pl o kryzysach humanitarnych, konfliktach zbrojnych i innych ważnych wydarzeniach w różnych zakątkach globu.
  • W tym odcinku rozmawiamy z dr. Wiesławem Lizakiem z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.
  • Tematem rozmowy jest Erytrea. Stany Zjednoczone planują zdjąć swoje sankcje ekonomiczne (zamrożenie aktywów, zakaz robienia interesów i handlu bronią z Erytreą) wobec tego państwa, choć Zachód nadal potępia autorytarny rząd w Asmarze. Jednak położenie Erytrei na mapie sprawia, że to państwo ma dla Waszyngtonu istotne znaczenie.
  • Jednocześnie w regionie rozpychają się inne mocarstwa. - Rosja i Chiny raczej nie zrezygnują ze współpracy z Erytreą - uważa nasz rozmówca.

Rafał Strzelec: Reuters informował, że Stany Zjednoczone przygotowują się do zniesienia sankcji dla Erytrei. Dlaczego to państwo ma takie znaczenie?

Dr Wiesław Lizak, ekspert ds. Afryki i Bliskiego Wschodu: Rzut oka na mapę pokazuje, że Erytrea jest państwem położonym w strategicznym miejscu. To północno-wschodnia Afryka, czyli część Rogu Afryki, ale jednocześnie region stanowiący zaplecze dla Bliskiego Wschodu.

Kluczowe znaczenie ma tutaj Morze Czerwone - szlak komunikacyjny prowadzący z Oceanu Indyjskiego do Morza Śródziemnego i dalej na Atlantyk. Sytuacja na Morzu Czerwonym, zamkniętym od północy przez Kanał Sueski, a od południa przez cieśninę Bab al-Mandab, jest silnie powiązana z tym, co dzieje się w regionie Zatoki Perskiej i cieśniny Ormuz.

„Go home USA”. Takie sceny przed siedzibą konsulatu USA

Perturbacje związane z przepływem statków transportujących ropę i gaz przez Ormuz, które obserwujemy od początku konfliktu Izraela i Stanów Zjednoczonych z Iranem, przekładają się także na obawy o stabilność szlaków handlowych przebiegających przez Morze Czerwone. Ich zamknięcie miałoby poważne konsekwencje dla transportu międzynarodowego i gospodarki światowej.

Myślę, że Stany Zjednoczone szukają możliwości zwiększenia bezpieczeństwa żeglugi przez Morze Czerwone, a Erytrea, jeśli spojrzymy na mapę, wydaje się pożądanym sojusznikiem. Jednak relacje USA i szerzej Zachodu z tym państwem od dawna nie są dobre. To przekłada się na duże trudności przy ewentualnej normalizacji stosunków między Waszyngtonem a Asmarą.

Stany Zjednoczone chcą też ponoć wygasić tlący się konflikt między Erytreą i Etiopią, który potencjalnie mógłby zdestabilizować region. Czy ten wątek również jest istotny?

Tak i to bardzo. Relacje Erytrei i Etiopii są złe albo bardzo złe właściwie od końca XX wieku. Przypomnijmy, że w latach 1998–2000 oba państwa stoczyły ze sobą wojnę. Formalnym pretekstem były kwestie terytorialne, ale w rzeczywistości istniał szereg historycznych, gospodarczych i politycznych uwarunkowań tego konfliktu.

Od tamtego czasu relacje pozostają napięte. Erytrea, uzyskując niepodległość, odcięła Etiopię od dostępu do morza. Tymczasem Etiopia przez wiele lat była państwem dynamicznie rozwijającym się gospodarczo i postrzeganym jako regionalna potęga – zarówno gospodarcza, jak i polityczno-wojskowa. To kraj liczący prawie 130 milionów mieszkańców i jedno z największych państw świata bez dostępu do morza. Przy szybkim wzroście gospodarczym dostęp do portu staje się kluczowy dla dalszego rozwoju. Stąd zainteresowanie Etiopii uzyskaniem koncesji umożliwiających wyjście na morze.

Ale ważny jest także szerszy kontekst całego regionu, zwanego Rogiem Afryki.

Zdecydowanie. Warto powiedzieć, że Etiopia zawarła porozumienie z Somalilandem - nieuznawanym formalnie państwem, które wyodrębniło się z Somalii, w sprawie dzierżawy pasa wybrzeża w Zatoce Adeńskiej. Etiopia mogłaby tam stworzyć bazę wojskową i port obsługujący handel międzynarodowy, a w zamian miałaby uznać Somaliland na arenie międzynarodowej. Wywołało to ogromne kontrowersje w samej Somalii i w państwach wspierających integralność państwa. Turcja zaangażowała się po jej stronie, wywierając presję na Etiopię, by wycofała się z planów uznania Somalilandu.

Wtedy właśnie Etiopia zwróciła się ponownie w stronę Erytrei, próbując wymusić pewne ustępstwa dotyczące dostępu do morza. Brak pozytywnej reakcji doprowadził nawet do gróźb interwencji zbrojnej przeciwko Erytrei, co postawiło region na krawędzi kolejnego konfliktu.

Uruchomiło to reakcje innych państw. Erytrea uzyskała wsparcie ze strony Egiptu, który zaangażował się między innymi dlatego, że pozostaje w sporze z Etiopią o Wielką Tamę Odrodzenia na Nilu, która wpływa na przepływ wód do Egiptu. A Nil ma dla Egiptu znaczenie absolutnie kluczowe – zarówno gospodarcze, jak i żywnościowe. Jednocześnie trwają zabiegi o przyłączenie do tej osi Arabii Saudyjskiej. Z kolei niedawny sojusznik Erytrei, Zjednoczone Emiraty Arabskie, zmieniły wektory swojej polityki, wspierając obecnie Etiopię.

Do tego dochodzą jeszcze działania Turcji, która od lat próbuje rozszerzać swoje wpływy na świat arabski i Afrykę północno-wschodnią w ramach doktryny neoosmanizmu. Obszary dawnego Imperium Osmańskiego są przedmiotem szczególnego zainteresowania obecnych elit rządzących w Ankarze.

Mówię o tym wszystkim po to, by pokazać, że sytuacji w Erytrei nie da się analizować w oderwaniu od Etiopii, Somalilandu, Somalii czy państw arabskich. Wszystko to pokazuje, że mamy do czynienia z systemem naczyń połączonych. Interesy państw wzajemnie się zazębiają, tworząc mechanizmy rywalizacji i współpracy. Stąd zaangażowanie Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Egiptu, Turcji, Stanów Zjednoczonych i innych państw Zachodu. Te koalicje często mają charakter tymczasowy i wynikają z bieżących interesów politycznych

Co Etiopia traci, nie mając dostępu do morza?

Dla Etiopii brak dostępu do morza jest po prostu wąskim gardłem rozwoju gospodarczego. Jeśli spojrzymy na mapę, to w praktyce istnieją trzy kierunki, które mogłyby to ograniczenie przełamać. Pierwszy to Erytrea, ale - jak wspomnieliśmy - relacje między tymi państwami od lat są konfliktowe. Były próby zbliżenia, ale dziś relacje znów są napięte. Etiopia oskarża obecnie Erytreę o wspieranie separatystów z Tigraju po to, by osłabić rząd w Addis Abebie i utrudnić Etiopii starania o dostęp do Morza Czerwonego.

Drugą możliwością jest Somaliland, o którym już mówiliśmy. Jest jeszcze Dżibuti, które od wielu lat pełni rolę głównego punktu tranzytowego dla etiopskiego handlu zagranicznego. Port w Dżibuti ma dla Etiopii kluczowe znaczenie, ale dla tak dużego państwa to po prostu za mało. Etiopia szuka większych możliwości rozwoju kontaktów ze światem zewnętrznym.

Wróćmy do Erytrei. Nazywają ją "Koreą Północną Afryki". Na czym polega podobieństwo obu państw?

Od momentu uzyskania niepodległości w 1993 r. kraj jest rządzony autorytarnie przez Isaiasa Afewerkiego - przywódcę ruchu narodowowyzwoleńczego. Od tego czasu nie odbyły się żadne wybory. To państwo rządzone twardą ręką, oskarżane o systematyczne łamanie praw człowieka i opierające się na rozbudowanym aparacie przymusu. Nie istnieje tam możliwość legalnej działalności opozycyjnej. Każda próba sprzeciwu wiąże się z represjami, więzieniem i działaniem aparatu przemocy. Stąd właśnie porównania do Korei Północnej.

Symbolem tego systemu jest armia erytrejska. Służba wojskowa ma tam charakter praktycznie bezterminowy. Młodzi ludzie są wcielani do wojska bez realnej perspektywy zakończenia służby. To zresztą jedna z głównych przyczyn masowej emigracji z Erytrei.Taka polityka od lat antagonizuje Erytreę z państwami Unii Europejskiej. Miliony ludzi uciekły z kraju między innymi z powodu nieograniczonej służby wojskowej. W rankingach dotyczących wolności słowa, praw człowieka czy poziomu demokracji Erytrea regularnie znajduje się na samym końcu.

To wszystko przekłada się na bardzo zły wizerunek państwa na Zachodzie i sankcje. Sankcje nałożone przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską obowiązują od 2021 r. Dziś mówi się o możliwości ich złagodzenia, gdyby Erytrea zgodziła się na pewne działania liberalizacyjne i większą współpracę z Zachodem.

Zazwyczaj gdy jakieś państwo afrykańskie odrzuca współpracę z Zachodem, w to miejsce wchodzą Rosja i Chiny. Tak jest i w tym przypadku?

Rosja i Chiny stały się głównymi partnerami Erytrei - pod względem politycznym, gospodarczym. Warto przypomnieć, że Erytrea była jednym z niewielu państw, które podczas głosowań w ONZ dotyczących rosyjskiej agresji na Ukrainę jednoznacznie stawały po stronie Moskwy, głosując razem z Rosją i Białorusią.

Dlatego można mieć wątpliwości, czy próba zbliżenia podejmowana przez administrację Donalda Trumpa zakończy się sukcesem. Rosja i Chiny z pewnością będą próbowały utrzymać swoje wpływy w Erytrei i nie dopuścić do jej przejścia do obozu prozachodniego.

Gdyby zgodnie z doniesieniami Stany Zjednoczone zniosły sankcje wobec Erytrei, otwierałoby to jej drogę do lewarowania swojej pozycji.

Tak, oczywiście taka możliwość istnieje. Jeśli władze Erytrei okażą się wystarczająco elastyczne i będą myśleć strategicznie, może to być dla nich szansa na częściowe wyjście z izolacji. Warto dodać, że Erytrea jest bardzo mocno uzależniona od przepływów finansowych pochodzących od diaspory. Diaspora erytrejska jest bardzo liczna i często ma korzenie sięgające jeszcze okresu sprzed uzyskania niepodległości. Transfery pieniędzy z zagranicy są jednym z czynników pozwalających gospodarce funkcjonować względnie stabilnie.

Diaspora znajduje się głównie na Zachodzie. To oznacza, że państwa zachodnie mogłyby próbować wykorzystać te powiązania do przekonania władz Erytrei do bardziej koncyliacyjnej polityki. Natomiast dziś trudno przewidzieć, w którą stronę sytuacja się rozwinie. Rosja i Chiny raczej nie zrezygnują ze współpracy z Erytreą. Rosja od dawna stara się uzyskać przyczółki nad Morzem Czerwonym. To zresztą element rosyjskiej geopolityki obecny jeszcze od czasów zimnej wojny i jest aktualny do dziś.

Przed wybuchem wojny domowej w Sudanie Rosjanie podpisali porozumienie dotyczące utworzenia rosyjskiej bazy wojskowej nad Morzem Czerwonym. Wojna domowa uniemożliwiła jednak realizację tego projektu. Z tego punktu widzenia Erytrea jest dla Moskwy atrakcyjnym miejscem do rozszerzania wpływów w regionie Morza Czerwonego. Z perspektywy Zachodu przejście Erytrei do obozu prozachodniego byłoby bardzo istotne. Z kolei Iran, Rosja i inne państwa zainteresowane utrzymaniem obecnego układu sił będą robiły wszystko, by zachować status quo.

Rafał Strzelec, dziennikarz o2.pl

Wybrane dla Ciebie