Dlaczego Trump unika tych tematów? Eksperci o 107-minutowym wystąpieniu
Sprawy zagraniczne stanowiły niewielką część przemówienia prezydenta Trumpa o stanie państwa. To dlatego, że jego celem była mobilizacja republikańskiego elektoratu, dla którego polityka zagraniczna jest kontrowersyjna – powiedział PAP amerykanista Rafał Michalski.
Rekordowo długie, bo 107-minutowe przemówienie prezydenta Trumpa, skoncentrowało się na sprawach krajowych. Wg Politico, prezydent celowo unikał ryzykownych tematów międzynarodowych. Wspomniał jedynie zwięźle o Ukrainie.
Zdaniem Rafała Michalskiego, amerykanisty związanego z portalem Układ Sił, nie ma w tym nic zaskakującego, ponieważ Trump chciał przede wszystkim zmobilizować swoją przemową coraz mniej aktywny od jesieni elektorat republikański, który "interesuje się sprawami krajowymi, a nie zagranicznymi".
Koncentracja na elektoracie republikańskim
Zbliżające się wybory uzupełniające do Kongresu miały być jednym z powodów takiego podejścia.
Obrazek amerykańskiego żołnierza walczącego na terenie obcego kraju, jest naprawdę ryzykowny wyborczo, dlatego Trump unikał wszystkich kontrowersyjnych kwestii, a taka jest przecież polityka zagraniczna – ocenił dla PAP Michalski.
Prof. Piotr Mickiewicz z Uniwersytetu Gdańskiego w rozmowie z PAP wskazał, że prezydent starał się pokazać swoją skuteczność w polityce wewnętrznej.
Do wyborów prezydenckich Trump szedł pod hasłem ożywienia gospodarczego i podniesienia poziomu życia Amerykanów, tymczasem wyborcy nie są zadowoleni. Wskaźnik poparcia dla Trumpa spadł do 37 proc., co wskazuje na rosnące niezadowolenie społeczeństwa.
Polityka zagraniczna na marginesie
Podczas orędzia sprawy zagraniczne, takie jak konflikt na Ukrainie czy napięcia z NATO, zostały niemal pominięte. O toczącej się wojnie prezydent zaledwie wspomniał, podkreślając, że "bardzo ciężko" pracuje wraz z całą administracją, żeby ją zakończyć i "położyć kres rzezi 25 tys. żołnierzy każdego miesiąca". Powtórzył też znane już z wcześniejszych jego wystąpień zdanie, że do tej wojny by nie doszło, gdyby to on był prezydentem.
Trump skupił się na Iranie, podkreślając, że USA prowadzą negocjacje, ale nadal nie usłyszały "sekretnych słów" potwierdzających, że Teheran nie będzie miał broni jądrowej.
Dla prezydenta posiadanie przez Teheran broni nuklearnej to czerwona linia, sytuacja, która może zagrozić Stanom Zjednoczonym. Jest to także ta sama formuła, której użył George W. Bush w kontekście Iraku – zauważył Michalski.
Uderzenie na Iran?
Amerykańska obecność wojskowa na Bliskim Wschodzie, m.in. 150 samolotów wojskowych i armada morska, to największa obecność wojskowa USA w regionie od czasu inwazji na Irak w 2003 r.
Ta demonstracja siły jest próbą wywarcia presji na reżim irański. Pokazuje też chęć powtórnego zastosowania wariantu wenezuelskiego – ocenił z kolei prof. Mickiewicz.
W jego ocenie Trump nie jest zainteresowany demokratyzacją Iranu, bo ma świadomość, że nowa władza nie musi być proamerykańska. Dlatego prezydent stara się według eksperta "raczej wymusić" na istniejącym reżimie rezygnację z tego, co on uważa za zagrożenie dla USA i uzyskać zgodę na współpracę. Przy okazji, jak podkreślił ekspert, Trump chce osłabić Chiny.
Zdaniem rozmówcy PAP, do uderzenia na Iran prawdopodobnie dojdzie, ale "w takiej formule, jaką już oglądaliśmy w czerwcu 2025 r." przy okazji amerykańskich bombardowań irańskich instalacji jądrowych. – Amerykanie zaatakują pewnie wybranych liderów aktualnego obozu rządzącego w Iranie, po to, żeby ich wyeliminować i zastąpić politykami bardziej przychylnymi Amerykanom, a równocześnie pokazać, że Stany Zjednoczone chronią w ten sposób ludność prześladowaną przez reżim – ocenił ekspert.
Źródło: PAP