Dramat Polki w Tajlandii. Oskarżono ją o kradzież. "Byłam przerażona"
Polka, która wypoczywała w Tajlandii opisała sytuację, w której po oskarżeniu o kradzież drobnej pamiątki musiała przekazać równowartość 27 tys. zł w gotówce. W sprawę mieli być zaangażowani policjanci, a wsparcia nie uzyskała po kontakcie z ambasadą RP w Bangkoku.
Polka poleciała do Tajlandii na początku maja. Niespodziewane kłopoty pojawiły się pod koniec wyjazdu, podczas pobytu na wyspie Phuket. Kobieta chce zachować anonimowość, ale zdecydowała się nagłośnić sprawę, by ostrzec turystów. Kluczowe wydarzenia rozegrały się tuż przed planowanym wylotem.
Tego dnia poszła na lokalny bazar. Dokupiła pamiątki, w tym niewielki koszyczek o wartości ok. 5 zł. Sprzedawczyni przyjęła zapłatę. Po pewnym czasie, gdy Polka usiadła na skwerze, sprzedawczyni miała podejść do niej i stwierdzić, że koszyczek nie został opłacony. Kobiecie pokazano nagrania z momentu zdjęcia przedmiotu z półki i z pustym miejscem, ale bez momentu opłaty. Sprzedawczyni koszyczek zabrała - relacjonuje \"Gazeta Wyborcza\".
Tuż przed wymeldowaniem i porannym lotem pracownicy hotelu wezwali ją do recepcji. Czekało na nią trzech mężczyzn, którzy przedstawili się jako policjanci. Pokazano jej rzekome nagranie z kradzieży, nie przyjęto wyjaśnień. Nie pomogło okazanie paragonu. Kobietę przewieziono na komisariat.
Tam usłyszała oczekiwania finansowe: równowartość 10 tys. zł dla sprzedawczyni, drugie tyle dla policji oraz 7 tys. zł dla tłumacza. Łącznie miała natychmiast zapłacić równowartość 27 tys. zł wyłącznie w gotówce. Kiedy kobieta odpowiedziała, że nie ma takich pieniędzy, usłyszała, że spędzi noc w areszcie, czekając na komendanta.
Policjant powiedział, że to wspólna klatka z gwałcicielami i mordercami i on by tam swojej matki nie wpuścił nawet na kwadrans. Byłam przerażona - relacjonuje "Wyborczej".
Komendant miał rano zdecydować, czy wystarczy wszcząć procedurę deportacji, czy będzie trzeba poczekać w areszcie na sąd, co może potrwać nawet pół roku.
Osoby towarzyszące kobiecie zrobiły zrzutkę i zebrały niemal całą kwotę. Akceptowano tylko tajską walutę. Po godzinie od przywiezienia pieniędzy, Polka opuściła komisariat.
Towarzysze Polki dzwonili na numer ambasady RP w Bangkoku. Rozmówczyni miała stwierdzić, że placówka nie zajmuje się takimi sprawami i zasugerować jedynie, by turystka zabezpieczyła dokumenty oraz zrobiła kopie. Ambasada odesłała dziennikarzy "Wyborczej" do wydziału prasowego MSZ, które nie odpowiedziało na pytania w tej sprawie.
Polka zapewnia, że mimo znajomych, którzy podróżują do Tajlandii bez podobnych doświadczeń, ona sama nie planuje już tam wracać. Jej zdaniem w trakcie podróży warto unikać zostawania samemu i dbać o obecność świadków, bo to może utrudniać podobne wymuszenia.